To wogule tylko i wyłącznie zagrywka mediów.
Przed wypadkiem był najgorszy a po bohater.
I tak mieszają w mediach.
Nagle wszyscy go uwielbiają.
Ogólnie wychodzę z założenia, że zmarłych się nie ocenia.
Wiek: 22 Dołączyła: 30 Lis 2011 Posty: 430 Skąd: stąd
Wysłany: 2012-01-30, 10:47
Boruta napisał/a:
siedem napisał/a:
boruta a tak z czystej ciekawości jaką masz opinie na temat korwina? nie pytam czy jesteś za, tylko co śadzisz czy przekreśliłbyś go do końca, albo czy widzisz jakieś różnice między nim tymi co rządzącymi.
Żadna z tych kurew niczym się nie rózni od pozostałych. Chyba, że te co się w Smoleńsku na łeb zwaliły, bo już nie zaszkodzą społeczeństwu. Dobry polityk to martwy polityk.
wystarczy spojrzeć na palikota. wybawiciel sie znalazl w masce V XD
niestety, wyweszyli upadek ze stolka, to sie chca tera dobrac, jak bestie sie rzuca do gardel, by zagarnac mamony dla siebie.
potrzeba czystej, dobrej krwi, a nie postkomunistycznych, umoczonych po uszy cieci.
i tak trzeba trzymac ich za geby, patrzec na rece, bo nie wiadomo, co do lba szczeli.
zamiast inwigilowac spoleczenstwo, to spoleczenstwo powinno inwigilowac wladze, miec bezdyskusyjny dostep do tego, co robia, ile pieniedzy sie przez ich rece przelewa. sory, ale w momencie, gdy ktos piastuje stanowisko rzacacego, musi liczyc sie z tym, ze jest kontrolowany przez swoje panstwo. i tylko w ten sposob mozna zbudowac silna demokracje. jesli bedzie wiedzial, ze skok w bok bedzie oznaczac dla niego koniec rzadu i kariery, to to wszystko mialoby sens.
a na ten czas, tak jak mowisz
Cytat:
Żadna z tych kurew niczym się nie rózni od pozostałych.
_________________ Zesraj sie, a nie daj sie.
~Paulo Coelho
minister znaczy sługa ludu,czy coś podobnego.znaczenie takie jakie podałem,nawet jesli tłumaczenie jest inne.dlaczego ministrowie nie wywiązują sie z funkcji jakie pełnią? prezydent to przedstawiciel społeczeństwa,tylko dlaczego ten matoł tego nie robi?
Otrzymałem niniejsze pismo od właścicielki kawiarenki grającej Program 2 Radia Wolne Media.
LIST DO WOLNYCH MEDIÓW
Jestem właścicielką małej kawiarenki, gdzie prezentowana jest „darmowa muzyka dla firm” – program 2 radia Wplne Media. Zgodnie z Państwa instrukcją, wydrukowałam informację, spis wykonawców i umowę. Oczywiście swoich datków żądają zarówno ZAIKS jak i ZPAV. Przedstawiciel ZPAV w korespondencji ze mną, na prośbę, by przedstawiłswoje prawa do fonogramów ( prawa pokrewne prawom aurorskim ) wykonawców z listy Wolnych Mediów napisał :
„ZPAV nie jest producentem fonogramu i/lub wideogramu muzycznego, a organizacją zbiorowego zarządzania chroniąca prawa producentów muzycznych.
Zgodnie z ustawą o prawach autorskich i prawach pokrewnych Użytkownik zobowiązany jest do wniesienia stosownego wynagrodzenia należnego uprawnionym producentom na podstawie art. 94 ust. 5 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. – za pośrednictwem właściwej organizacji zbiorowego zarządzania lub na podstawie indywidualnych umów z uprawnionymi.
W związku z powyższym zwracamy się zatem ponownie o zawarcie stosownej umowy generalnej ze ZPAV lub przesłanie kopi indywidualnych umów z producentami odtwarzanych fonogramów w lokalu. Od razu wyjaśniamy, iż zgodnie z art. 105 par.2 w/w ustawy OZZ w swojej działalności może domagać się udzielenia informacji oraz udostępniania dokumentów niezbędnych do określenia wysokości dochodzonych przez nią wynagrodzeń i opłat (roszczenie informacyjne).
Jeśli przedstawi Pani dokumenty, iż producenci odtwarzanych fonogramów zrzekli się dodatkowego wynagrodzenia z tytułu ich odtwarzania sprawę będziemy traktować za zamkniętą.
z poważaniem:
pełnomocnik ZPAV
Zdzisław Walicki”
Proszę o pomoc – co mam robić, by nie płacić daniny za coś, czego nie odtwarzam !?
Iwona Zalewska
(adres email do wiadomości WM)
LIST WOLNYCH MEDIÓW DO ZPAV
Witam!
Jestem szefem Radia Wolne Media, które udostępnia darmową muzykę na wolnych licencjach Creative Commons oraz za osobistą zgodą, prośbą i wiedzą autorów muzyki, którzy nie podpisali umów na udostępnione utwory z żadną organizacją zarządzającą zbiorczo prawami autorskimi.
95% muzyki granej w Radiu Wolne Media pochodzi ze strony Jamendo.com, gdzie można znaleźć stosowne informacje licencyjne. Pozostały 5% to utwory nadsyłane przez niezrzeszonych muzyków do Radia Wolne Media. Informacje licencyjne i wykaz autorów zrzekających się wynagrodzenia opublikowano również na stronie Radia Wolne Media.
Wśród kanałów radia jest Program 2 w którym udostępniono tylko i wyłącznie utwory publikowane przez twórców na licencjach Creative Commons do bezpłatnego użytku komercyjnego, oraz tych, którzy osobiście nadesłali utwory do Radia Wolne Media oświadczając, że nie podpisali umów z żadną organizacją zarządzającą zbiorczo prawami autorskimi.
Piszę do Państwa, ponieważ Wasz pracownik mimo okazania mu spisu wykonawców oparzonego logiem Creative Commons i informacją, że zrzekli się wynagrodzenia, oraz licencji z Radia Wolne Media pozwalającej na odtwarzanie publiczne w celach komercyjnych Programu 2 Radia Wolne Media, żąda uiszczenia tantiem i zawarcia umowy ze ZPAVem.
Nie wiem, czy to polityka wyłudzania pieniędzy, czy zwykłe niedouczenie pracownika, który nigdy nie słyszał o licencjach Creative Commons.
Właścicielka kawiarenki poprosiła Waszego pracownika o porównanie wykazu artystów ze spisu wykonawców Radia Wolne Media ze spisem wykonawców, których reprezentuje zbiorczo ZPAV. Pracownik ten odmówił, zrzucając obowiązek udowodnienia niewinności (mimo otrzymania spisu wykonawców i licencji/oświadczenia Radia Wolne Media) na osobę, która jest niewinna.
„ZPAV nie jest producentem fonogramu i/lub wideogramu muzycznego, a organizacją zbiorowego zarządzania chroniąca prawa producentów muzycznych.
Zgodnie z ustawą o prawach autorskich i prawach pokrewnych Użytkownik zobowiązany jest do wniesienia stosownego wynagrodzenia należnego uprawnionym producentom na podstawie art. 94 ust. 5 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. – za pośrednictwem właściwej organizacji zbiorowego zarządzania lub na podstawie indywidualnych umów z uprawnionymi. W związku z powyższym zwracamy się zatem ponownie o zawarcie stosownej umowy generalnej ze ZPAV lub przesłanie kopi indywidualnych umów z producentami odtwarzanych fonogramów w lokalu. Od razu wyjaśniamy, iż zgodnie z art. 105 par.2 w/w ustawy OZZ w swojej działalności może domagać się udzielenia informacji oraz udostępniania dokumentów niezbędnych do określenia wysokości dochodzonych przez nią wynagrodzeń i opłat (roszczenie informacyjne).
Jeśli przedstawi Pani dokumenty, iż producenci odtwarzanych fonogramów zrzekli się dodatkowego wynagrodzenia z tytułu ich odtwarzania sprawę będziemy traktować za zamkniętą.
z poważaniem:
pełnomocnik ZPAV
Zdzisław Walicki”
Równocześnie informuję, że po okazaniu informacji licencyjnej i spisu wykonawców, to nie ta Pani powinna udowadniać niewinność, że ale to Państwo powinni udowodnić, że odtwarza wykonawców, których reprezentujecie.
Proszę o odgórne rozwiązanie problemu z panem Zdzisławem Walickim i skierowanie go na dodatkowe szkolenie z zakresu „wolnych licencji” Creative Commons.
Równocześnie informuję, że niniejszy list równocześnie zostanie przekazany do mediów zajmujących się i promujących wolną kulturę, ponieważ trzeba takie sprawy nagłaśniać, aby położyć kres próbom wyłudzania i terroryzowania osób grających muzykę z Radia Wolne Media.
W przeszłości ZAIKS miał podobną „wpadkę” i później przepraszał, że to był „wypadek przy pracy”.
Mam nadzieję, że to zwykłe nieporozumienie.
Z poważaniem:
M. Hawranek
radio.wolnemedia.net
OTRZYMUJĄ:
- Iwona Zalewska (właścicielka kawiarenki)
- Creative Commons Polska
- Dziennik Internautów
- prawo.vagla.pl
- Jamendo.com
- OSnews.pl
KOMENTARZ
W przeszłości inspektorzy odwiedzali inne punkty handlowe grające RWM i nie stwarzali problemów takich, jak pracownik ZPAVu. Jeśli wśród czytelników Wolnych Mediów jest prawnik, który mógłby w razie dalszych problemów ze ZPAVem zająć się sprawą non profit, proszę o kontakt. Wolne Media nie zostawią pani Iwony Zalewskiej samej sobie, tym bardziej, że jest to sprawa precedensowa.
Niektórzy artyści angażują się w walkę z piractwem, a tymczasem wytwórnie takie, jak EMI, starają się o odebranie im wynagrodzeń. Teoretycznie w USA artysta powinien po 35 latach zbierać wszystkie przychody z danego dzieła. Istnieje jednak pewien wyjątek, który wytwórnie bez litości wykorzystują.
Artyści często zajmują w kwestiach prawa autorskie takie stanowiska, jak wytwórnie. Również politycy utożsamiają interesy wytwórni z interesami artystów, ale tak nie jest. Świetnym tego przykładem jest kwestia dzieł zleconych.
Amerykańskie prawo autorskie gwarantuje artystom prawo do anulowania wszelkich cesji praw autorskich po 35 latach. Innymi słowy artysta posiadający kontrakt z wytwórnią może po 35 latach odzyskać pełnię praw do swojego dzieła i zgarniać wszystkie przychody, ale… od każdej reguły są wyjątki.
Prawo do odzyskiwania praw autorskich nie przysługuje autorom dzieł zleconych (ang. work for hire), czyli stworzonych przez pracownika w ramach jego zatrudnienia. Wielkie wytwórnie muzyczne oraz organizacje takie, jak RIAA, uważają piosenki za takie właśnie dzieła. Jest tylko jeden techniczny problem – definicja dzieł zleconych nie obejmuje nagrań muzycznych.
W roku 1999 w USA powstała ustawa dotycząca usług satelitarnych, w której znalazło się kilka istotnych słów – „as a sound recording”. Dzięki temu po raz pierwszy prawo zaczęło sugerować, że nagranie dźwiękowe może być dziełem zleconym. To jednak nie wszystko.
W ubiegłym roku przedstawiciel RIAA w wypowiedzi dla New Tork Timesa stwierdził, że zdaniem RIAA album muzyczny nie jest dziełem jednego twórcy, ale jest „pracą zbiorową”, czyli kompilacją dzieł wielu twórców będących w istocie pracownikami korporacji. Wiele osób powie, że album muzyczny trudno uznać za „pracę zbiorową”, ale… właśnie dzięki takiej klasyfikacji można uznawać piosenki za dzieła zlecone.
Wytwórnia EMI poradziła sobie z prawem jeszcze inaczej. Rejestrując dzieła artystów mających kontrakty z wytwórnią, postarała się ona o to, aby w dokumentach wyraźnie zaznaczono, iż każda piosenka jest „pracą zleconą”. Skoro dokumenty określają tę kwestię, to nikt nie zadaje głupich pytań o charakter dzieł.
Na ten ostatni fakt zwrócił uwagę Michael Robertson, szef i założyciel serwisu MP3tunes. Teraz proponuje on muzykom udać się do sądu i zdobyć wyrok potwierdzający, że piosenki nie są dziełami zleconymi. Robertson ma już na koncie jedną wygraną z wytwórniami. Udało mu się dowieść, że chmurowe usługi muzyczne nie wymagają osobnych licencji. Teraz chce on pomóc artystom, którzy o swoje prawa z reguły nie walczą.
Wśród twórców, których piosenki uznano za dzieła zlecone, znajdują się takie sławy jak: Basement Jaxx, Beastie Boys, Fats Domino, Frank Sinatra, Joe Cocker, Mariah Carey i in. To kolejny przykład na to, że wydawcy nie są artystami i w rzeczywistości istniejące prawo może odbierać prawa twórcom. Debata związana z ACTA pokazała, że również polscy politycy (z ministrem Zdrojewskim na czele) mylą artystów z wydawcami.
Innym dobrym przykładem na niezgodność interesów twórców i wydawców był zespół Allman Brothers Band, który w roku 2006 oskarżył Sony Music o nieuczciwe zasady rozliczania się z artystami. Chodziło o to, że w przypadku muzyki online stosowane są te same zasady rozliczeń, co przy płytach analogowych, ale nie są one uzasadnione kosztami dystrybucji po stronie wydawcy.
Czytanie dzieciom wymaga opłat za prawa autorskie (sic!)
Chodzi o czytanie książek dzieciom, które są zapraszane do biblioteki. Książkę czyta ochotnik-amator, a słucha go grupa najwyżej kilkunastu dzieci, ale zdaniem belgijskiej organizacji SABAM takie „upublicznianie dzieł” wymaga odprowadzenia odpowiednich opłat do organizacji zbiorowego zarządzania.
Jeśli ktoś wątpi w to, że prawa autorskie mają dziś absurdalny charakter, niech przeczyta ten tekst.
Jak donosi belgijski serwis De Morgen, z lokalnymi bibliotekami w Belgii zaczęła kontaktować się organizacja SABAM. Żąda ona odprowadzania opłat za czytanie książek dzieciom (tak, dobrze przeczytałeś). SABAM zwróciła się m.in. do biblioteki w Dilbeek, która raz w miesiącu zaprasza do siebie około tuzina dzieci, aby wprowadzać je w „magiczny świat książek”. Projekt nie ma budżetu – książki czytają ochotnicy (zob. De Morgen, Sabam wil geld voor voorleesuurtje in bibliotheek).
SABAM? Brzmi znajomo, prawda? To ta sama organizacja, która wcześniej chciała zmusić belgijskiego operatora do filtrowania treści i żądała nałożenia filtrów także w serwisie społecznościowym. Obydwie inicjatywy powstrzymał Europejski Trybunał Sprawiedliwości.
Belgijska gazeta nie chciała oczywiście na słowo wierzyć w to, że ktoś śmiał żądać opłat za czytanie książek dzieciom. Reporter gazety zwrócił się więc do SABAM, by wyjaśnić sytuację i niestety okazało się, że nie było to nieporozumienie. SABAM naprawdę chciała pieniędzy za niekomercyjne czytanie książek dzieciom.
My, podobnie jak Belgowie, żyjemy w państwie UE, w którym jest jakieś prawo autorskie. Czy ktoś mógłby żądać pieniędzy lub ukarać nas za czytanie dzieciom? Hmmm… mamy coś takiego, jak dozwolony użytek osobisty, ale jego zakres obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub „stosunku towarzyskiego”. Jeśli czytam książkę grupie dzieci, to można uznać, że udostępniam dzieło publicznie grupie nieznanych mi osób, czyli w sumie jestem piratem, ale… jest jedno „ale”.
Nasza ustawa o prawie autorskim wspomina o bibliotekach. Art. 28 ustawy mówi, iż biblioteki, archiwa i szkoły mogą udostępniać nieodpłatnie, w zakresie swoich zadań statutowych, egzemplarze utworów rozpowszechnionych. Wydaje się, że czytanie książek dzieciom można pod to podciągnąć, ale może nie? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby polskie organizacje zbiorowego zarządzania zapukały do drzwi bibliotek, żądając pieniędzy. Skoro można ściągać opłaty od muzyki na licencji Creative Commons, to pewnie da się dyskutować z treścią art. 28 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
W tym miejscu wiele osób powie coś, co wykracza poza dyskusję o prawie, ale niewątpliwie będzie mądre – przepisy przepisami, ale czy w Belgii ktoś nie upadł na głowę? Czy naprawdę działania organizacji zbiorowego zarządzania mogą być tak głupie?
Warto przy tym zauważyć, że SABAM wyraźnie szkodzi przemysłowi wydawniczemu, utrudniając wychowywanie kolejnego pokolenia czytelników. Brawo.
Michał Boni zapowiedział niedawno reformę prawa autorskiego. W czasie tej bolesnej operacji na nowo definiowane będą takie zjawiska, jak dozwolony użytek prywatny i publiczny. Organizacje zbiorowego zarządzania będą aktywnie uczestniczyć w tworzeniu nowego prawa i będą się starały o takie definicje, które pozwolą na ściąganie pieniędzy z każdego, bez brania pod uwagę czegoś takiego jak zdrowy rozsądek.
di.com.pl
Cytat:
Reformę prawa autorskiego, która wprowadzi opłaty dla wyszukiwarek i agregatorów za wykorzystanie treści prasowych, planuje niemiecka koalicja rządząca. Wydawcy popierają zmiany, licząc na nowe źródło przychodów, ale chyba zapomnieli oni o tym, że wyszukiwarki mogą po prostu zaprzestać promowania ich treści.
PC World podaje, że niemiecka koalicja rządząca wezwała ministerstwo sprawiedliwości do opracowania przepisów, które nałożą opłaty na wyszukiwarki i agregatory wiadomości, nawet za wykorzystanie małych fragmentów artykułów prasowych. Projekt nowego prawa może być gotowy na kwiecień, ale raczej wątpliwe jest, aby weszło ono w życie w tym roku (zob. PC World, Germany Wants Search Engines, Aggregators to Pay Publishers).
Bardziej szczegółowe informacje na temat założeń ustawy podaje serwis PaidContent.org. Z jego doniesień wynika, że opłaty za wykorzystanie treści mają trafiać do organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ), które oczywiście mocno popierają zmiany. Artykuły mają być chronione przez okres jednego roku. Opłaty nie będą dotyczyły osób prywatnych, ale jedynie podmiotów zajmujących się sprzedażą treści na skalę komercyjną (zob. PaidContent.org Germany Wants To Charge Search Engines To Use News Excerpts).
Temat opłat za fragmenty tekstów w serwisach takich, jak Google News, nie jest nowy. W roku 2006 belgijski sąd uznał, że firma Google nie powinna ot tak publikować fragmentów tekstów prasowych w ramach swoich usług. Potem potwierdził to sąd apelacyjny. W Niemczech wydawcy też mogli się o to sądzić, ale obecny rząd może im dać coś lepszego - prawo, które jasno określa tę kwestię.
Organizacje wydawców już się cieszą, bo wierzą w to, że Google będzie nadal korzystać z ich treści i będzie za to płacić. Podobnie powinny postąpić inne agregatory, ale czy nie jest to wizja zbyt idealistyczna?
Problem w tym, że wydawcy chcą uderzyć w maszynkę promującą ich treści i nierzadko napędzającą ruch na ich strony. Gazety z reguły chcą być w Google. Zatrudniają one specjalistów od SEO tylko po to, aby ich treści były jak najbardziej widoczne. Nawet bez niektórych artykułów prasowych wyszukiwarki będą atrakcyjnymi usługami, a to oznacza, że prędzej Google przetrwa bez treści od wydawców niż wydawcy bez Google.
Na ciekawą rzecz zwraca uwagę cytowany przez PC World Joe McNamee z organizacji European Digital Rights (EDRi). Jego zdaniem do polityki praw autorskich zostanie dodana "kolejna warstwa biurokracji". Potrzebni będą ludzie, którzy będą obsługiwać nowe należności, badać, czy nie doszło do naruszenia praw itd. Mówiąc bardziej obrazowo, można powiedzieć, że rozrośnie się narośl na przemyśle praw autorskich, którą są różnego rodzaju organizacje zbiorowego zarządzania.
Aż dziw bierze, że przemysł praw autorskich nie dostrzega problemów z tą naroślą. Jej utrzymanie kosztuje coraz więcej, psuje ona wizerunek całego przemysłu i nierzadko utrudnia promowanie treści, więc powoduje spadek przychodów. Ciekawie byłoby zobaczyć na przykładzie Niemiec, jak może skończyć się wprowadzenie proponowanego prawa. Niestety można się obawiać, że politycy z Polski szybko podchwycą pomysł, zanim wyniki eksperymentu dadzą o sobie znać.
Narzekasz, że filmy na DVD są drogie? Już wiesz, komu możesz za to podziękować. Jak ustalił sąd, ZAiKS i SFP (Stowarzyszenie Filmowców Polskich) porozumiały się, aby utrzymać jak najwyższe ceny płyt DVD. Wyrok w tej sprawie zapadł wczoraj.
ZAiKS zasłynął próbą wyłudzania opłat za muzykę, do której nie ma żadnych praw – niektórzy pracownicy tej organizacji domagali się pieniędzy np. za utwory udostępnione na licencji Creative Commons, odtwarzane m.in. z serwisu Jamendo.
Okazuje się, że niekompetencja niektórych przedstawicieli ZAiKS-u to tylko jedna z win tej organizacji. Jak odkrył UOKiK, ZAiKS i SFP ustaliły jednolite stawki za korzystanie z utworów audiowizualnych i odmówiły ich negocjowania. Organizacje postanowiły pobierać od każdej płyty z filmem stałe wynagrodzenie, eliminując konkurencję ze szkodą dla przedsiębiorców i przede wszystkim konsumentów.
Trudno w tym wypadku nie napiętnować obłudy obu organizacji, które popierając np. ACTA, zrobiły wiele, by dostęp do dóbr kultury był jak najdroższy.
Decyzja prezesa UOKiK, który postanowił ukarać kartel antypiratów, została zaskarżona do sądu apelacyjnego, jednak organizacje przegrały apelację. Wyrokiem sądu mają zaprzestać szkodliwej działalności, a dodatkowo SFP ma zapłacić 250 tys. złotych kary, a ZAiKS karę w wysokości 1 mln złotych.
Choć w sierpniu mija 70 lat od śmierci Janusza Korczaka, dysponujący prawami do jego twórczości Instytut Książki nie zgadza się na przejście dzieł tego wybitnego pedagoga i społecznika do domeny publicznej.
„Rzeczpospolita” informuje, że Koalicja Otwartej Edukacji chce, by dzieła Korczaka były własnością publiczną. 70 lat po śmierci Janusza Korczaka – i każdego twórcy – wygasa obowiązek płacenia tantiem za publikację jego dzieł. Trzeba tylko odprowadzić symboliczną opłatę do funduszu „martwej ręki”, wspierającego młodych twórców. Tymczasem w przypadku dzieł wybitnego i bohaterskiego pedagoga, działacza społecznego i reformatora, publiczna instytucja chce o 4 lata dłużej czerpać korzyści z dysponowania prawami autorskimi do jego dorobku.
Janusz Korczak został zamordowany przez nazistów w Treblince w – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – w sierpniu 1942 r. Potencjalni spadkobiercy zginęli w ramach Holocaustu, więc cały dorobek po Januszu Korczaku stał się własnością państwa. Jednak zgodnie z obowiązującym po wojnie prawem, przy niemożności ustalenia dokładnych okoliczności śmierci, sądy za oficjalną jej datę uznawały 9 maja 1946 r. Ministerstwo Kultury w 2009 r. scedowało prawa autorskie do twórczości pedagoga na rzecz Instytutu Książki. Jak twierdzi dyrektor Instytutu, Grzegorz Gauden, dzieła Korczaka powinny trafić do domeny publicznej dopiero za cztery lata. Gauden przekonuje, że pieniądze uzyskane za tantiemy przekazywane są na projekty związane z Korczakiem. Nadto wskazuje on, iż Instytut Książki ma już podpisane umowy licencyjne z wydawnictwami, a także producentami filmowymi. Wkrótce na ekrany kin mogą trafić ekranizacje „Króla Maciusia I” i „Kajtusia czarodzieja”.
Innego zdania są przedstawiciele Koalicji Otwartej Edukacji. Ich zdaniem, powszechnie znaną datą śmierci Korczaka jest sierpień 1942 r. Bożena Bednarek-Michalska, wicedyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu, przewodnicząca Koalicji Otwartej Edukacji, mówi: „Państwo nie powinno rościć sobie praw do tego, co może być własnością społeczeństwa, bo ogranicza działalność edukacyjną i naukową związaną z ważnym dla Polaków pisarzem. Powoduje niepotrzebne problemy. Biblioteki nie mają prawa do digitalizowania książek i umieszczenia ich w bazach internetowych, co jest niezbędne, choćby dla osób niepełnosprawnych”. Jarosław Lipszyc z Fundacji Nowoczesna Polska, dodaje: „Działalność Instytutu Książki dotycząca Korczaka ma charakter antyspołeczny. Minister kultury zlecił mu wykupywanie ważnych społecznie utworów do domeny społecznej, tymczasem blokuje ten proces”.
Hollywood zaczynał od piractwa, dziś to przemilcza
Marcin Maj
Hollywood został stolicą kinematografii, bo umożliwiał ucieczkę przed opłatami za korzystanie z patentów Edisona. To fakt, ale dziś przedstawiciele przemysłu filmowego mówią, że zawsze opierali się na ochronie własności intelektualnej. Warto poznać historię Hollywoodu, aby się do tego odnieść.
Historia nie zawsze jest taka, jak byśmy chcieli, a historia praw autorskich ma kilka szczególnie kiepskich elementów, takich jak np. faszystowskie początki dzisiejszej Międzynarodowej Federacji Przemysłu Fonograficznego (IFPI).
Hollywood ma początki iście pirackie. Zazwyczaj nikt tego nie wypomina stolicy światowej kinematografii, ale chyba trzeba zacząć to wypominać. Przecież hollywoodzkie wytwórnie lobbują za zaostrzaniem praw własności intelektualnej, są w stanie pozywać setki tysięcy ludzi, a co najgorsze, same uważają się za wzór cnoty, jaką jest poszanowanie wartości intelektualnej.
- Prawda jest taka, że przemysły treści i technologii nie mogłyby przetrwać bez mocnej ochrony własności intelektualnej – mówił szef MPAA Chris Dodd w czasie spotkania CinemaCon w Las Vegas. Ale jak było naprawdę z tym Hollywoodem?
Na początku XX wieku film był nową technologią. Była to technologia opatentowana, a stosownymi patentami dysponowała firma Motion Picture Patents Company (MPPC), której współzałożycielem był wynalazca Thomas Edison. Teoretycznie MMPC powinna zarabiać na wszystkich produkcjach filmowych, pobierając opłaty licencyjne za patenty.
Część filmowców chciała uciec przed opłatami i uciekła właśnie do Hollywood, które jest położone na zachodnim wybrzeżu USA. Firma MMPC kontrolowała kina na wschodnim wybrzeżu i miała łatwość w ściganiu pirackich wytwórni na tym terenie. W Hollywood było inaczej – agenci Edisona musieli przybyć z daleka, a pirackie wytwórnie zorganizowały system ostrzegania, który pozwolił im zwinąć nielegalną produkcję, zanim pojawił się jakiś agent MMPC.
Jak widać, cały ten wielki przemysł filmowy, który zatrudnia dziś tak wielu ludzi i generuje ogromne przychody, został stworzony na bazie naruszenia własności intelektualnej. To nie jest teoria spiskowa, ale fakt. To dobry temat do refleksji? Czy ten wielki przemysł kiedyś by powstał, gdyby nie piractwo?
Dziś Hollywood nie jest piracki. To dojrzały ośrodek przemysłowy, który o swojej grzesznej młodości nie chce pamiętać. Dziś własność intelektualna jest dla niego najważniejsza. Hollywood nie boi się agentów MMPC, ale sam chętnie wysłałby swoich agentów do internetu, aby ścigali naruszenia jego własności intelektualnej.
Warto o tym pamiętać.
Na tę historię Hollywoodu w kontekście słów szefa MPAA wcześniej zwrócił uwagę TorrentFreak.
Sędzia Chris Hensen, który zakazał Partii Piratów linkowania do stron proxy The Pirate Bay, zarabiał na szkoleniach dla antypiratów organizowanych przez prawnika, który reprezentował przemysł praw autorskich także w sprawach prowadzonych przez Hensena – zauważył Rick Falkvinge, założyciel szwedzkiej Partii Piratów. Bezstronność sędziego w sprawie związanej z prawami autorskimi znów staje pod znakiem zapytania.
Niedawno sąd w Hadze zabronił Partii Piratów linkowania do stron proxy umożliwiających korzystanie z usług The Pirate Bay. Wyrok jest bardzo kontrowersyjny, bo praktycznie zabrania Partii Piratów mówienia o pewnych faktach. Można to uznać za zwykłą cenzurę wprowadzoną przez sąd na żądanie organizacji związanej z przemysłem praw autorskich.
Partia Piratów ma dwa powody, aby wyrok nazywać niesprawiedliwym. Po pierwsze, wyrok nie powinien uderzać w wolność słowa. Poza tym okazuje się, że sędzia wydający wyrok ma bliskie kontakty z przemysłem praw autorskich. Zbyt bliskie.
Założyciel szwedzkiej Partii Piratów Rick Falkvinge już w roku 2010 zwrócił uwagę na holenderskiego sędziego Chrisa Hensena, który wówczas prowadził sprawę BREIN vs. FTD. Okazało się, że sędzia uczestniczył jako wykładowca w szkoleniach organizowanych przez Dirka Vissera, prawnika przemysłu filmowego. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że prawnik jednej ze stron miał finansowe układy z sędzią.
W ubiegłą sobotę Falkvinge poinformował na swoim blogu, że sprawę przeciwko holenderskiej Partii Piratów również prowadził sędzia Hensen, dokładnie ten sam Hensen. Znów wydany przez niego wyrok był na korzyść posiadaczy praw autorskich.
Można w tym zobaczyć grubszą aferę, ale nie ma gwarancji, że dopatrzą się jej holenderskie władze. Po prostu ludzie z jakiegoś powodu przywykli do takich form korupcji.
Warto przypomnieć szwedzki proces przeciwko The Pirate Bay, który był prowadzony przez Tomasa Norströma, członka organizacji Szwedzkiego Stowarzyszenia Praw Autorskich (SFU), który zasiadał również w radzie Szwedzkiego Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Własności Intelektualnej (SFIR), które aktywnie walczy o zaostrzenie prawa autorskiego.
Komentatorzy broniący Norströma mówili, że prowadzona przez niego działalność była zgodna z prawem. To prawda. Prowadzenie antypirackich szkoleń i pobieranie za to wynagrodzenia też jest zgodne z prawem, ale przecież mówimy o działaniach sędziów, czyli ludzi, którzy powinni być jak najbardziej bezstronni i obiektywni. To, co przystoi przeciętnemu prawnikowi, niekoniecznie powinno być tolerowane w przypadku sędziego.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach