Wysłany: 2009-06-09, 11:35 Kłamstwa na temat "piractwa"
Cytat:
tłumaczenie artykułu na temat realiów stojących za danymi którymi posługuje się przemysł praw autorskich
Zabijasz naszą branżę rozrywkową. "Piractwo kosztuje miliony" twierdzi the Sun. "Ponad 7 milionów Brytyjczyków używających nielegalnych pirackich stron kosztuje ekonomię miliony funtów, powiedzieli dzisiaj rządowi doradcy. Badacze odkryli że ponad milion ludzi używa pirackiej strony w ciągu JEDNEGO dnia i ocenili że w ciągu jednego roku skonsumują oni materiał wart 120 miliardów funtów."
To mniej więcej jedna dziesiąta naszego PKB. Nic dziwnego że zaniepokoiło to też Daily Mail: "Sieć miała 1.3 miliona użytkowników dzielących się plikami w środku dnia, w dzień roboczy. Jeśli każdy z nich ściągnął tylko jeden plik w ciągu dnia, dało by to łączną wartość 4,7 miliarda funtów w mediach skonsumowanych za darmo, każdego roku". Zawsze jestem podejrzliwy wobec tego przemysłu, ponieważ w ciągu ostatnich lat opublikowali już sporo podejrzanych danych. Wątpię też w to że każdy nielegalnie pobrany plik to stracony dochód, choćby dlatego że ludzie którzy więcej ściągają także kupują więcej muzyki*. Chciał bym więcej szczegółów.
Tak więc skąd pochodzą te opinie na temat miliardowych strat? Udało mi się znaleźć oryginalny raport. Został napisany przez pewnych pracowników akademickich których można wynająć w jednostce należącej do UCL nazywanej Ciber, Centre for Information Behaviour and the Evaluation of Research [mniej więcej; centrum zachowań informacyjnych i ocena badań] (którego celem jest "informuje poprzez odparcie faktami biernej spekulacji i nie opartych na wiedzy opinii)**. Raport został zlecony przez rządową instytucję pod nazwą Sabip, Strategic Advisory Board for Intellectual Property [rada strategicznego doradztwa d/s własności intelektualnej]. W zakresie traconych miliardów stwierdza: "Szacunki odnośnie ogólnie utraconych zysków, jeśli wliczymy wszystkie branże kreatywne których prace mogą być kopiowane cyfrowo, lub podrobione, osiągają wartość 10 miliardów funtów (IP rights, 2004), co najmniej, jako że dane pochodzą z 2004 roku, oraz utratę 4.000 miejsc pracy."
Skąd pochodzi ta liczba? Udało mi się wytropić pełen raport Ciber, znalazłem biografię, podążyłem za linkiem który doprowadził mnie do oświadczenia prasowego prywatnej firmy adwokackiej Rouse specjalizującej się w prawie własności intelektualnej. To oświadczenie nie dotyczy wartości 10 miliardów funtów. W rzeczy samej jest jednostronicowym dokumentem, gratulującym rządowi stworzenia strategii przeciwdziałania kradzieżą własności intelektualnej. W krótkiej części zatytułowanej "kontekst", pośród pięciu innych punktów, stwierdza: "Właściciele praw autorskich ocenili że tylko w zeszłym roku fałszerstwa i piractwo kosztowały ekonomię Wielkiej Brytanii 10 miliardów funtów i 4 tysiące miejsc pracy". Ocena branży, jako notatka na boku, w oświadczeniu prasowym. Genialne.
Ale co z wszystkimi innymi wartościami podanymi w relacjach prasowych? Sporo z nich obracało się wokół liczby 4,73 miliarda plików ściąganych co roku, wartych 120 miliardów funtów. To by znaczyło że każdy ściągnięty plik, program, film, mp3, ebook, jest warty 25 funtów. Już to wygląda na raczej sporo. Nie jestem ekonomistą, ale na przykład dla mnie adekwatna wartość porównawcza dla kogoś kto ściąga film żeby obejrzeć go tylko raz to cena wypożyczenia filmu, nie cena sklepowa.
W każdym bądź razie, to 175£ tygodniowo albo 8,750£ rocznie potencjalnie nie wydane przez miliony ludzi. Czy to na prawdę stracony dla gospodarki przychód, jak twierdzi prasa? Wiele z tych osób to młodzież szkolna, studenci, a nawet jeśli nie, to ciągle jedna trzecia średniej krajowej. Przed opodatkowaniem.
Oh, ale dane były błędne; tak na prawdę było 473 miliony plików i 12 miliardów funtów (więc wartość jednego pliku to dalej 25£) ale błędne liczby znalazły się w finalnym podsumowaniu i oświadczeniu prasowym. Zmienili je po cichu po tym jak błędy zostały wytknięte przez BCC.
Zapytałem jakie kroki podjęli żeby poinformować prasę o swoim błędzie, który wyolbrzymił podane przez nich wartości dziesięciokrotnie w relacjach które już okrążyły świat. Pracownicy Sabip odmówili odpowiedzi na mejle, nalegali na kontakt telefoniczny, zapewnili że podjęli działania, ale nie wytłumaczyli jakie i zaczęli tłumaczyć jak to nie mogą być odpowiedzialni za leniwych dziennikarzy, po czym groteskowo zadzwonili po 10 minutach, próbując wstecznie poinformować że rozmowa była prywatna, nie do publikacji. Myślę że jest akceptowalnym żeby czuć z tego powodu zawiedzenie i skonfundowanie. Jak już powiedziałem: jeśli o mnie chodzi to wszelkie dane podawane przez tą branżę są fałszywe, o ile nie zostanie udowodnione inaczej.
Wysłany: 2010-03-04, 12:17 Cyrk praw autorskich, czyli jak korporacje nas okradają
Cytat:
Znany z krytyki prawa autorskiego Lawrence Lessig już dwukrotnie został “ocenzurowany” na YouTube z powodu… praw autorskich. Uciszono dwa jego filmy dotyczące dozwolonego użytku i otwartej kultury. Z pewnością nie naruszały one prawa autorskiego, ale stały się dobrym przykładem na to, jak prawo autorskie może naruszać wolność słowa.
Obecnie w różnych krajach i na arenie międzynarodowej (w ramach rozmów w sprawie ACTA) przedstawiciele tzw. “przemysłu” proponują zdecydowane zaostrzenie praw autorskich. Jednak nawet obecne prawo i sposoby jego egzekwowania mogą ograniczać wolność słowa, o czym przekonał się Lawrence Lessig – profesor prawa znany jako założyciel Creative Commons.
W kwietniu ubiegłego roku Lessig poinformował na Twitterze, że Warner Music zażądał usunięcia z YouTube jednej z jego prezentacji. Zawierała ona fragment piosenki, do której prawa miał Warner. Prezentacja miała charakter ewidentnie edukacyjny i wyjaśniała zagadnienie dozwolonego użytku. Lessig praw autorskich nie naruszył, a Warner chcąc nie chcąc udowodnił, że potrafi ograniczyć prawo do wykorzystywania dzieł zgodnie z zasadami dozwolonego użytku.
Minął niecały rok i podobna sytuacja znów miała miejsce. 1 marca Lessig opublikował na YouTube kolejną prezentację, także dotyczącą otwartej kultury i dozwolonego użytku. Film nie został usunięty, ale została wyciszona cała ścieżka dźwiękowa z trwającego ponad 42 minuty nagrania. Takie nieme filmy nie są na YouTube nowością. Od roku serwis wycisza ścieżki dźwiękowe w materiałach budzących zastrzeżenia.
Dźwięk do filmu Lessiga został już przywrócony, ale niesmak pozostał (widać to choćby w komentarzach do filmu). Opisujący tę sprawę serwis TechDirt zauważa, że prawdopodobnie film Lessiga został wychwycony przez antypiracki filtr YouTube (tzw. Video ID), który identyfikuje materiały chronione prawem autorskim (zob. Bogus Copyright Claim Silences Yet Another Larry Lessig YouTube Presentation). Mimo to można śmiało powiedzieć, że uciszono konkretną osobę z powodu praw autorskich.
Nie jest to pierwsza sprawa tego typu. W DI wspominaliśmy o Stephanie Lenz, matce, która nagrała swoje dziecko przy piosence Prince’a. Universal Music Group wystąpiła o usunięcie 29-sekundowego, ewidentnie rodzinnego filmu z sieci. To oburzyło Lenz. Postanowiła ona walczyć o prawo do opublikowania filmu, a wspiera ją w tym organizacja Electronic Frontier Foundation.
Swojego czasu wspominaliśmy również o rosyjskim policjancie, który za pomocą YouTube wystosował apel do prezydenta Putina. W swoim apelu wspominał on o szokujących faktach dotyczących rosyjskiej policji. Ten film nie naruszał praw autorskich, ale łatwo sobie wyobrazić sytuację, kiedy policjant dla kolorytu umieszcza w tle swojej wypowiedzi jakąś posępną muzykę. Wtedy policjanta nie musiałyby uciszać rosyjskie władze, bo zrobiliby to właściciele praw autorskich.
TechDirt bardzo słusznie zauważa, że to, co zdarzyło się Lessigowi, pokazuje, jak dużym błędem jest przenoszenie odpowiedzialności za łamanie praw autorskich na serwisy takie, jak YouTube. Serwis, aby odpowiedzialności uniknąć, wprowadza rozwiązania takie, jak Video ID i “współpracuje z posiadaczami praw autorskich”. Efektem tego jest stosowanie zasady “shoot first, ask later”, czyli usuwanie wszelkich treści, które mogą naruszać prawa autorskie, ale niekoniecznie je naruszają.
Opracowanie: Marcin Maj
Na podstawie: TechDirt, YouTube, Twitter
Źródło: Dziennik Internautów
Wysłany: 2010-08-01, 11:43 Cyrk praw autorskich, czyli jak korporacje nas okradają
Cytat:
Aparat cyfrowy może służyć do kopiowania książek. Dlatego trzeba pobierać „opłatę reprograficzną” od tych urządzeń, przynajmniej według wydawców oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wzrosnąć może także opłata za papier formatu A3 i A4. Krajowa Izba Gospodarcza negatywnie oceniła proponowane zmiany.
Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych przewiduje pobieranie opłat od producentów i importerów tych urządzeń oraz nośników, które mogą służyć do kopiowania utworów chronionych. Opłaty te mają stanowić rekompensatę dla twórców.
Minister odpowiedzialny za kulturę określa w rozporządzeniu, jakiej wysokości mają być wspomniane opłaty oraz jakie urządzenia i nośniki są nimi objęte. Oczywiście postęp techniczny wymaga aktualizowania tych przepisów co jakiś czas. Przykładowo w styczniu 2009 r. do rozporządzenia dodano urządzenia z pamięcią FLASH oraz płyty Blu-ray.
Teraz kolejnej nowelizacji rozporządzenia chcą wydawcy utworów drukowanych. Stowarzyszenia takie, jak KOPIPOL, REPROPOL i „Polska Książka”, przedstawiły Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego swoje propozycje i na tej podstawie przygotowano projekt rozporządzenia. Z projektem można się zapoznać na stronie BIP ministerstwa, na której jednak nie umieszczono najważniejszego, czyli załącznika nr 3 do rozporządzenia. Dlatego warto zajrzeć na stronę Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, która dostała dokumenty do konsultacji. Tam znajdziemy ważny załącznik i nawet uzasadnienie projektu.
Z dokumentów możemy dowiedzieć się, że wydawcy chcą, aby opłata w wysokości 1% ceny była pobierana w przypadku aparatów cyfrowych. Tutaj można zadać kluczowe pytania – czy aparat cyfrowy naprawdę jest urządzeniem służącym do powielania utworów drukowanych?
Wydawcy przekonują, że opłata jest uzasadniona, bo nie jest istotne pierwotne przeznaczenie urządzenia, ale sam fakt, że może ono służyć do kopiowania utworów drukowanych. Trudno zaprzeczyć. Aparat cyfrowy może zrobić fotografię (czyli kopię) tekstu.
Mimo to propozycja wzbudza kontrowersje. Większość osób robi aparatami zdjęcia rodzinne i pamiątkowe. Wiele osób traktuje fotografię jako hobby i stara się robić zdjęcia o walorach artystycznych. Czy naprawdę aż tak wielu ludzi fotografuje drukowane teksty, aby było uzasadnione płacenie wydawcom 1% ceny każdego aparatu? Wydaje się, że właśnie takie pytanie powinno sobie zadać MKiDN.
Inną sprawą jest to, że twórcy dostaną najwięcej za sprzedaż aparatów z najwyższej półki (1% ceny). Czy naprawdę te urządzenia stanowią dla nich największe zagrożenie? Czy ludzie kupują drogie lustrzanki, aby skopiować jak najwięcej tekstu? Trudne pytania można zadawać dalej. Dlaczego opłatami nie zostaną objęte aparaty analogowe? One także mogą służyć do fotografowania tekstu.
W projekcie nowego rozporządzenia (a właściwie w proponowanym załączniku nr 3) znajdziemy jeszcze informację o tym, że opłata reprograficzna za papier A3 i A4 ma wzrosnąć do 1,5% ceny tego „nośnika”. Obecnie ta stawka wynosi 0,001%.
To fakt – papier A4 i A3 również jest nośnikiem, który może służyć do kopiowania. Służy on jednak także do innych rzeczy, nawet niekoniecznie do drukowania i kserowania. Symboliczna opłata reprograficzna jest jeszcze do przyjęcia, ale podnoszenie jej może wzbudzać kontrowersje, szczególnie gdy zapoznamy się z uzasadnieniem podwyżki.
- Dotychczasowa stawka – 0,001% ceny sprzedaży – nie zapewnia twórcom wpływów, które pozwalają uznać, że cel ustawodawcy, jakim jest rekompensata strat ponoszonych przez twórców w wyniku obowiązywania w prawie autorskim instytucji dozwolonego użytku osobistego, został osiągnięty – czytamy w uzasadnieniu do projektu.
Mówiąc prościej – instytucje reprezentujące posiadaczy praw autorskich za mało zarabiają na sprzedaży papieru i stawka musi być podniesiona. Znów można zadawać trudne pytania. Czy jeśli stawka 1,5% nie zadowoli wydawców, to ministerstwo znów będzie proponować jej podwyższenie? Albo inaczej – ile organizacje zbiorowego zarządzania chcą zarobić na papierze i dlaczego akurat tyle?
Bardzo negatywnie ocenia proponowane rozporządzenie Krajowa Izba Gospodarcza. Zdaniem KIG rozporządzenie spowoduje jedynie niepotrzebne ograniczenia dostępu do nowoczesnej techniki dla szerokich rzesz użytkowników oraz wpłynie negatywnie, poprzez wzrost cen, na rynek wewnętrzny. Co istotne, projektodawca nie przedstawił żadnych danych ani analiz, na których oparł swoją ocenę skutków regulacji.
- Analizując projekt rozporządzenia, można odnieść wrażenie, że jest on w znaczącej części realizacją postulatów organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi uprawnionymi do pobierania i podziału opłat od urządzeń i nośników, co niezbicie wynika z ich wspólnej, pisemnej propozycji skierowanej do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dniu 28 sierpnia 2009 r. (wpłynęło 4 września 2009 r.). Za co najmniej zaskakujące należy uznać także przychylanie się Ministerstwa Kultury do poszukiwania dodatkowych funduszy zbieranych przez organizacje zbiorowego zarządzania od urządzeń, które służą innym celom niż urządzenia wymienione w art. 20 ustawy prawo autorskie – czytamy w komunikacie KIG.
Wątpliwości środowiska przedsiębiorców budzi także tryb wprowadzania zmian. Zdaniem KIG wydanie nowelizacji w brzmieniu zaproponowanym przez Ministerstwo Kultury może być przedmiotem skutecznej skargi do Trybunału Konstytucyjnego ze względu na niezgodność z zapisami ustawy prawo autorskie i prawa pokrewne.
di.com.pl
A tu kim naprawdę są miłosnicy "praw autorskich":
Cytat:
Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego (IFPI) obchodzi w tym roku [2008 przy. Boruta] swoją 75 rocznicę. Organizacja nie wydała jednak z tej okazji żadnego jubileuszowego oświadczenia czy deklaracji. Sprawę próbuje się przemilczeć, zaś fakty z kart historii zamazać.
Początków zamazywania historii tej najważniejszej światowej organizacji antypirackiej można doszukać się w 2005 roku, kiedy to osoba korzystająca z komputera należącego do IFPI (o adresie IP 195.40.39.2) całkowicie zmieniła artykuł w Wikipedii o tej organizacji. Redagującemu wyraźnie zależało na ukryciu historii IFPI. Niedawno jednak, dzięki obywatelskiemu śledztwu, sprawa wyszła na jaw.
Jest rok 1933, Włochami rządzi twardy faszystowski przywódca Benito Mussolini. W Rzymie odbywa się posiedzenie przedstawicieli przemysłu fonograficznego, które kończy się wnioskiem o stworzenie nowej federacji, która ma zadbać o dobre imię włoskiej fonografii.
Jak podaje John Borwick w książce "The First Fifty Years. 1933-1983. IFPI International Federation of Phonogram and Videogram Producers", Dyrektoriat nowej organizacji decyduje się na pełną współpracę z władzami, za nic mając sobie jedenaście lat faszystowskiego terroru. Co więcej – rok później, we włoskim kurorcie Stress odbywa się kolejne spotkanie, do którego zaproszona zostaje federacja CISAC, zajmująca się problemami artystów i kompozytorów francuskich. Na spotkaniu dochodzi do wymiany zdań, w której to IFPI przedstawia radykalny pomysł (niezgodny z konwencją berneńską), który zakładałby zmniejszenie praw kompozytorów. Organizacja, popierana przez faszystowski rząd Mussoliniego próbuje naciskać na CISAC, by ta razem z nią podpisała konwencję, w której zawarte byłyby nowe ustalenia.
Francuska CISAC odrzuciła tę „alternatywną linię”. Zjazd nie przyniósł niczego nowego oprócz kolejnego wyraźnego sygnału, że działania IFPI wyraźnie powiązane są ze wspierającymi interesy korporacji faszystowskimi rządami. Plan nowych rozstrzygnięć prawnych nie zostaje jednak zarzucony – w 1944 roku, kiedy koniec faszystowskiego państwa zaczął być bliski, IFPI ucieka do neutralnej Szwajcarii, by tam w mieście Samedan przeprowadzić kolejne spotkanie swoich komisarzy. Co ciekawe – nawet wtedy, pod koniec wojny, na spotkaniu czuć było wpływ faszystowskiego reżimu.
Komitet IFPI wprowadził tam propozycję połączenia praw przemysłu fonograficznego oraz praw muzyków i aktorów w jedną konwencję. Pomysł ten miał poważne konsekwencje dla późniejszych lat i nawet dziś jego wpływ jest odczuwalny. To jedna z nielicznych decyzji tej pochodzącej z Włoch organizacji, która w prawie niezmienionej treści obowiązuje do dzisiaj, w postaci tzw. Konwencji Rzymskiej. To właśnie postanowienia tej konwencji umożliwiają koncernom zaskarżanie witryn takich jak The Pirate Bay.
Po wojnie prace IFPI zostały wstrzymane, jednak po kilku latach przerwy doszło do kolejnych spotkań. Jedno z takich spotkań odbyło się w 1950 roku w... Lizbonie, stolicy Portugalii, rządzonej wówczas przez faszyzującą dyktaturę Salazara. Wówczas to IFPI przeciwna była wprowadzeniu międzynarodowej konwencji proponowanej przez organizację ILO, która miała chronić prawami autorskimi głównie muzyków, którzy wykonują swe utwory „na żywo”. Zamiast tego IFPI przeforsowała rozstrzygnięcia prawne, według których to koncerny muzyczne dysponują prawami autorskimi do wydanych utworów.
Późniejsze lata działalności organizacji to radykalne odejście od faszystowskich idei. Po 1961 IFPI odrzuciła „staromodne” podejście do tematu praw autorskich, powoli ewoluując w stronę prawnego neutralizmu. Nie trudno jednak zauważyć, że historia tej wielkiej organizacji może przysporzyć jej wiele problemów – łatwo zarzucić jej stronniczość, powołując się na karty historii. Obawa przed takimi oskarżeniami popchnęła twórców do radykalnych czynów – między innymi próby zafałszowania Wikipedii.
Trudno stwierdzić, czy IFPI jest dziś naprawdę bezstronna. Póki co, organizacja ta stara się przekonywać świat, że jej faszystowska historia nie istniała, zaś 75-ta rocznica jest niczym jak tylko liczbą bez znaczenia
Niemiecka grupa antypiracka z powodzeniem wymusiła na witrynie Vimeo hostującej setki tysięcy filmików, by pozbyła się kilkudziesięciu z nich. Przy okazji jednak zdjęto także wiele materiałów na licencjach Creative Commons, które w serwisie znajdowały się całkowicie legalnie.
Z Vimeo zniknęły między innymi prace stworzone przez dziennikarzy czy niezależnych twórców filmów. Usunięty materiał autorstwa Mario Sixtusa, skupiający się na informowaniu o problemach w internecie i kulturze sieci, był czwartym odcinkiem serii Electric Reporter, która w całości objęta była licencją Creative Commons.
Jeszcze bardziej dziwi wyłączenie wideo nominowanego do ViralVideoAward w 2009 roku, które przygotował niezależny filmowiec Alexander Lehmann.
MasterCard dogadał się z organizacją zwaną MAFIAA (głównie przez jej krytyków) i będzie blokował transakcje ze stronami, które podejrzewa o nielegalne rozpowszechnianie muzyki czy filmów w Internecie.
To nie pierwsza kontrowersyjna decyzja MasterCard w ostatnim czasie. Niedawno ta sama firma zablokowała przelewy związane z organizacją WikiLeaks, przez co naraziła się na ataki DDoS koordynowane przez grupę hakerów zwaną Anonymous.
Pytanie czy o legalności działalności gospodarczej powinny decydować niezawisłe sądy, czy korporacje działające pod naciskiem lobbystów, pozostawiamy czytelnikom.
Znany anarchistyczny portal alasbarricadas.org będzie musiał zapłacic 6000 euro kary za nieprzychylne komentarze dotyczące Stowarzyszenia Generalnego Autorów i Edytorów (SGAE) i jej szefa Ramoncín'a które pojawiły się na forum tej strony.
SGAE znane w hiszpańskojęzycznym internecie pod alternatywną nazwą "Sociedad General de Atracadores y Estafadores", czyli "Stowarzyszenie Generalne Złodzieji i Wymusicieli", jest odpowiedzialne za wprowadzenie podatku od nośników danych jak naprzykład czyste płyty CD, proces o zniesławienie wobec związku grafików CNT w Madrycie, proces również o zniesławienie przeciwko hiszpańskojęzycznej wersji nonsensopedii oraz wiele innych problemów jak naprzykład głośna sprawa wysokiego mandatu za nadawanie bez pozwolenia muzyki na pewnym weselu w Hiszpanii, na które wprosili się detektywi SGAE.
Mimo starań stowarzyszenia trudno jest nie znaleźć setek filmów i komentarzy na forach, których twórcy dają jasno do zrozumienia swoje niezadowolenie z działania tej instytucji oraz jej szefa, punkrockowego wokalisty José Ramón Julio Martínez Márqueza bardziej znanego jako Ramoncín.
Prawnik John Steele potrafi oskarżać internautów o naruszenia praw autorskich, ale sam bez pozwolenia skopiował tekst użyty w pismach do tych internautów. To zresztą nie pierwszy taki przypadek, bo różnym antypiratom zdarzały się różne naruszenia własności intelektualnej.
Steele | Hansmeier PLLC przedstawia się jako „firma prawnicza dostarczająca usługi prawne producentom treści i profesjonalnym twórcom”. Jej specjalnością jest walka z piractwem internetowym polegająca na identyfikowaniu rzekomych piratów na podstawie adresu IP.
„Walka” odbywa się według klasycznego scenariusza. Firma zdobywa adres IP i występuje do operatora o identyfikację internauty. Potem ten internauta dostaje list z „propozycją nie do odrzucenia”. Dowiaduje się on, że pozew w związku z naruszeniem praw autorskich został już złożony, ale można uniknąć procesu i bardzo wysokiego odszkodowania za jedyne 2,9 tys. USD.
Z treścią listów, jakie internauci otrzymywali od Steele | Hansmeier PLLC, można się zapoznać w serwisie Scribd. W dokumencie oprócz zasadniczego pisma znajdziemy również FAQ (str. 4 i dalsze). Serwis TorrentFreak zauważył, że fragmenty tego FAQ są identyczne z FAQ zamieszczonym na stronie Copyright Enforcement Group – organizacji antypirackiej niemającej żadnego związku ze Steele | Hansmeier PLLC.
Jeśli porównamy obydwa FAQ, zauważymy, że pokrywa się kilka pytań, a niektóre odpowiedzi są bardzo podobne lub identyczne. Nie ma wątpliwości, że prawnicy Steele | Hansmeier PLLC skorzystali z pracy wykonanej wcześniej przez Copyright Enforcement Group.
TorrentFreak dowiedział się od Copyright Enforcement Group, że firma Steele’a nie otrzymała pozwolenia na wykorzystanie wspomnianego tekstu. Organizacja ma zamiar podjąć kroki, które sprawią, że prawnicy nie będą dalej „kradli” jej tekstów. Warto zwrócić uwagę na to, że chodzi nie tylko o prawa autorskie. Powstaje bowiem spór między konkurentami działającymi na swoistym „rynku antypirackim”.
To nie jest pierwszy raz, gdy organizacje rzekomo brzydzące się naruszeniem własności intelektualnej same dokonują takiego naruszenia. W ubiegłym roku również TorrentFreak donosił o tym, że organizacja US Copyright Group (znana m.in. z pozywania tysięcy osób za pobranie filmu The Expandables) skopiowała stronę internetową organizacji Copyright Enforcement Group i zamieściła ją w sieci jako własną.
Naruszenie było w tym przypadku tak rażące, że trudno było w nie uwierzyć. Po pewnym czasie układ elementów na stronie został zmieniony, ale USCG nadal korzystała z obrazków i kodu swojego konkurenta. Copyright Enforcement Group zażądała usunięcia naruszenia.
Były też inne antypirackie naruszenia. Czytelnicy DI mogą pamiętać, że w roku 2007 wyszło na jaw, iż serwis internetowy Związku Producentów Audio-Video naruszył licencję skryptu Alladyn. Pełnomocnik ZPAV stwierdził wówczas, że „to tylko mały program”. Potem się poprawił i przyznał, że naruszenia licencji są złe, sprawa jest wyjaśniana, będą przeprosiny itd. W rzeczywistości ZPAV nigdy sprawy nie wyjaśnił, nie przeprosił oficjalnie i w ten sposób pokazał wszystkim, że prawa własności intelektualnej można naruszać, jeśli tylko ma się pewność, że autor nie będzie dochodził swoich praw.
Oceniając naruszenia własności intelektualnej przez antypiratów, możemy powiedzieć, że to… nic wielkiego. Potwierdzają one po prostu, że poruszanie się w obszarze praw autorskich nie jest łatwe i każdy może się potknąć. Można też przytoczyć argument środowisk propirackich, które mówią, że kopiowanie leży w ludzkiej naturze i może być nawet motorem postępu.
Sami antypiraci takie argumenty odrzucają. Potrafią oni żądać setek lub tysięcy dolarów na podstawie samego adresu IP. Osoby dokonujące naruszeń są przez nich nazywane „złodziejami”. Zapewne ktoś miałby do naszej redakcji żal, gdyby w Dzienniku Internautów pojawił się tekst pt. „ZPAV to złodzieje”, ale czy to nie byłoby tylko użycie antypirackiej retoryki?
Prawnik-antypirat Evan Stone był bezczelny do tego stopnia, aby wysyłać wezwania do operatorów bez zgody sądu. Dzięki nim Stone mógł uzyskać dane osobowe internautów, których później zastraszał. Sędzia już ukarał prawnika i nakazał mu m.in. ujawnienie informacji dotyczących ugód zawartych z internautami.
"Prawnicy od P2P" to stały temat w Dzienniku Internautów. Chodzi o tych prawników, którzy angażują się w pozywanie internautów zidentyfikowanych jako użytkownicy sieci BitTorrent. Prawnicy najczęściej proponują swoim ofiarom ugodę, tzn. wpłacenie kilkuset dolarów w zamian za odstąpienie od pozwu. Często ich ofiarą padają osoby całkiem niewinne, które jednak płacą za "ugody", bo boją się drogich procesów.
W Wielkiej Brytanii już ukarano prawników-antypiratów za wykroczenia zawodowe, a przed weekendem (9 września) ukarany został prawnik od P2P działający w USA. Chodzi o Evana Stone'a, o którym Dziennik Internautów pisał w kwietniu. Ten przekonany do swojej antypirackiej misji człowiek został ukarany za "oszołamiającą bezczelność", jak to określił sąd.
Bezczelność Stone'a zaczęła wychodzić na jaw wiele miesięcy temu, kiedy do prawnika organizacji Public Citizen zgłosił się oburzony mężczyzna. Otrzymał on list od swojego operatora (Comcast) zawierający informację o tym, że jego adres IP został zidentyfikowany przy pobieraniu z sieci P2P niemieckiego filmu pornograficznego pt. Der Gute Onkel. Niemiecki producent filmu pozwał w związku z tym 670 osób.
Mężczyzna czuł się niewinny i dlatego zgłosił się do Public Citizen. Prawnika z organizacji non-profit zainteresowało jednak coś innego niż kwestia niewinności mężczyzny. Wiedział on bowiem, że sędzia prowadzący sprawę wniesioną przez Micka Haiga nie podpisał wezwań sądowych, na podstawie których operatorzy mieli ujawnić dane osobowe klientów kryjących się za adresami IP.
Wyglądało na to, że prawnik działający w imieniu posiadaczy praw autorskich (Evan Stone) wysłał wezwania sądowe bez zgody sądu. Operatorzy najwyraźniej nie zakwestionowali tych dokumentów i przekazali prawnikowi dane osobowe swoich klientów.
Szczególnie ciekawe było to, że Evan Stone wycofał swój pozew, gdy sędzia pozwolił prawnikom z organizacji Public Citizen i EFF występować w roli pełnomocników procesowych osób pozwanych. Nie zmienia to jednak faktu, że Stone otrzymał dane internautów, więc mógł ich straszyć pozwami i proponować ugody (więcej na ten temat pisał serwis Ars Technica w tekstach pt. Lawyer can't handle opposition, gives up on P2P porn lawsuit oraz P2P lawyer accused of issuing ISP subpoenas without court approval).
Zawinił tylko Stone?
W ubiegły piątek (9 września) sędzia David Godbey ukarał Stone'a za nadużycie. Decyzję sądu w tej sprawie opublikowała EFF. Prawnik będzie musiał zapłacić 10 tys. dolarów kary i ponadto musi on:
przesłać kopię decyzji sądu do dostawców internetu i innych podmiotów, z którymi wcześniej się kontaktował;
dołączyć kopię decyzji sądu do każdej sprawy z udziałem Stone'a, która toczy się w amerykańskim sądzie;
ujawnić sądowi informacje na temat pieniędzy, jakie otrzymał (osobiście lub na rzecz producenta filmu) od osób lub podmiotów, których dotyczyło postępowanie;
uiścić opłaty za pełnomocnictwo na rzecz prawników z EFF i Public Citizen.
Ciekawe jest żądanie ujawnienia przychodów z zawieranych ugód (zob. Prawnik od P2P nie chce ujawniać przychodów z ugód).
W wydanym przez sąd dokumencie jest też wzmianka o tym, że nie był to pierwszy tego typu wyczyn Stone'a. Podobnego nadużycia dokonał on w czasie procesu przeciwko osobom rzekomo pobierającym filmy anime.
Sędzia Godbey miał powody, aby zachowanie Stone'a nazwać "oszołamiająco bezczelnym". Warto jednak zauważyć, że stawia ono pod znakiem zapytania także działania dostawców internetu, którzy byle prawnikowi z Teksasu przekazali dane dotyczące wielu ludzi.
Nadużycia Stone'a były możliwe, bo presja na "współpracę" różnych podmiotów w celu chronienia praw autorskich powoduje rozluźnienie istotnych zabezpieczeń. Podobne zjawiska będą obserwowane nie tylko w USA. Wszystko zmierza w stronę łatwego i szybkiego pozywania internautów za możliwe naruszenia, a nie za faktyczne naruszenia.
Cytat:
Przy jednej ze spraw przeciwko użytkownikom BitTorrenta sędzia poprosił prawnika występującego w imieniu posiadaczy praw autorskich, aby ujawnił dane na temat pieniędzy zebranych od internautów w ramach zawartych ugód. Prawnik udzielił sądowi odpowiedzi, ale po terminie i nie na temat. Pozew przeciwko internautom pewnie zostanie oddalony i będzie to cena zachowania tajemnicy.
"Prawnicy od P2P" to stały temat w Dzienniku Internautów. Chodzi o tych prawników, którzy angażują się w pozywanie internautów zidentyfikowanych jako użytkownicy sieci BitTorrent na podstawie adresu IP. Prawnicy najczęściej proponują swoim ofiarom ugodę, tzn. wpłacenie kilkuset dolarów w zamian za odstąpienie od pozwu.
Zawarte w ten sposób "ugody" to łatwy zarobek i prawnicy na ich zawieranie liczą. Sprawa się komplikuje, gdy naprawdę trzeba pozwać osoby odmawiające wpłacania haraczu. Wówczas prawnicy tworzą jeden pozew przeciwko tysiącom osób, co sądy nie zawsze uznają za zgodne z prawem. Sądy potrafią też kwestionować wartość adresu IP jako dowodu.
Osobnym problemem prawników od P2P jest to, że ich działalność zaczyna być postrzegana jako nieuczciwa. W Wielkiej Brytanii ukarano pierwszych prawników-antypiratów, a tymczasem w USA sędzia zaczął zadawać jednemu z takich prawników niewygodne pytania.
Miało to miejsce w ubiegłym miesiącu, w czasie procesu przeciwko użytkownikom BitTorrenta, którzy mieli pobierać film pornograficzny zatytułowany Danielle Staub Raw. Sprawa trafiła do sądu w Kalifornii. W imieniu posiadaczy praw autorskich do filmu wystąpił prawnik Ira M. Siegel, który korzystał z dowodów dostarczonych przez organizację Copyright Enforcement Group.
Siegel od początku nie miał łatwo. Do sprawy wmieszała się Electronic Frontier Foundation, która przedstawiła opinię przyjaciela sądu, wskazując na podobne pozwy oddalane z powodu pozywania ludzi w niewłaściwych sądach. To jednak nie było dla Siegela najgorsze.
Jeszcze w czerwcu sędzia Bernard Zimmerman poprosił prawnika o dodatkowe wyjaśnienia, podejrzewając, że mogą istnieć powody do oddalenia pozwu. Potem, 24 sierpnia, sędzia poprosił prawnika o odpowiedzi na dodatkowe pytania m.in.: czy film Danielle Staub Raw został przeznaczony do publicznego rozpowszechniania, jak wiele kopii filmu sprzedano oraz ile pieniędzy zebrali prawnicy od osób zgadzających się na ugodę.
Sędzia poprosił również o dostarczenie kopii listów, jakie zostały wysłane do internautów. Odpowiedź miała być udzielona do dnia 31 sierpnia (zob. 10 Cv 04472 BZ Document 57 Post Hearing Order).
Siegel udzielił odpowiedzi dopiero 1 września, czyli po terminie. Jego odpowiedź opisuje na swoim blogu prawnik Robert Cashman zaangażowany w bronienie internautów. Odpowiedź Siegela nie zawiera informacji, jakich żądał sąd, a ponadto prawnik-antypirat skupił się na atakowaniu autorki bloga Fight Copyright Trolls, który to blog również informował o całej sprawie (zob. Ira Siegel’s “On the Cheap, LLC dba Tru Filth, LLC v. Does 1-5011″ case expected to be ripped apart).
Autorka bloga Fight Copyright Trolls jest zadowolona z tego, że Siegel zwrócił na nią uwagę sądowi.
- Czy słyszał pan kiedyś o efekcie Streisand, panie Siegel? Jedynym powodem mojej walki jest upewnienie się, że moja (i innych ofiar) część historii zostanie wysłuchana przez sędziów, nie aby na nich wpływać, ale by upewnić się, że ich decyzje są uczciwe i wyważone. Teraz otrzymałam olbrzymią pomoc od najmniej oczekiwanego gracza: trolla! - czytamy na na blogu Fight Copyright Trolls we wpisie, który prezentuje także odpowiedź Siegela.
Zdaniem Roberta Cashmana prawnik-antypirat mógł mieć powód, aby przedstawiać sądowi niepełną odpowiedź po terminie. Możliwe, że sprawa zostanie teraz oddalona, co Siegelowi może być bardziej na rękę niż ujawnianie informacji o przychodach z zastraszania internautów. To będzie koniec tej sprawy, ale kolejne sądy mogą inspirować się tym, co zrobił sędzia Zimmerman.
Piractwo podwyższa legalną sprzedaż?
Taka jest konkluzja hiszpańskiego sądu, który stwierdził, że piractwo może mieć pozytywny wpływ na poziom legalnej sprzedaży. Daje bowiem konsumentom szansę zapoznania się z towarem przed dokonaniem zakupu.
O wpływie piractwa na sprzedaż legalnej muzyki, filmów czy gier powiedziano i napisano już bardzo wiele. Brak jest jednoznacznych dowodów na to, że kopiowanie materiałów ma jedynie negatywny bądź jedynie pozytywny wpływ. Wyniki różnią się w zależności od kraju czy rodzaju dóbr. Coraz częściej podnosi się jednak argumenty mówiące o tym, że piractwo sprzyja popularności artystów czy seriali, skłaniając konsumentów do dokonywania legalnych zakupów.
Co więcej, najnowsze dane wskazują, że sprzedaż muzyki czy biletów do kin rośnie. Gdzie mamy więc do czynienia ze stratami? Sądy zwracały już kilkukrotnie uwagę na to, że nie sposób jest bezspornie stwierdzić, że każdy skopiowany film czy plik z muzyką oznacza faktyczną stratę dla posiadacza praw autorskich. Nie ma bowiem żadnej gwarancji, że gdyby wymiana plików nie istniała, doszłoby do tego zakupu.
Jeszcze dalej poszedł jeden z hiszpańskich sędziów. W jednym z niedawnych wyroków, jaki zapadł w Hiszpanii w sprawie sprzedawcy pirackich kopii, stwierdził on, że nie tylko nie sposób oszacować straty, jakie zakup nielegalnych kopii mógł wywołać, ale także, że zjawisko to może mieć pozytywny wpływ na poziom legalnej sprzedaży – donosi TorrentFreak.
Powód jest prosty – kupując podrobioną płytę czy też pobierając ją za darmo za pomocą któregoś z dostępnych serwisów, konsument zapoznaje się z treścią. Może więc chcieć dokonać później legalnego zakupu. Oczywiście żadnej pewności na to nie ma, podobnie jednak jak w przypadku rzekomych strat.
Sąd stwierdził, że żadna szkoda nie została spowodowana, w związku z czym jakiekolwiek odszkodowanie się nie należy.
Udostępniona przez Rosjan strona umożliwia sprawdzenie, jakie treści pobierano z torrentów, korzystając z danego numeru IP. Okazuje się, że instytucje odpowiedzialne za walkę z piractwem nie mają czystych rąk. Co ma na sumieniu RIAA czy Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego?
Serwis YouHaveDownloaded.com nie tylko dobitnie pokazuje, jak łatwo namierzyć osoby czy raczej numery IP uczestniczące w procederze wymiany plików. Wystawia jednocześnie niezbyt chwalebną opinię tym, którzy – zawodowo zajmując się ściganiem piractwa – powinni świecić przykładem.
Okazało się, że najciemniej jest pod latarnią. Pirackie pliki pobierane są m.in. z łącz należących do firm Sony, Universal i telewizji Fox. Od pokus ściągania pirackich treści nie jest również wolny Pałac Elizejski – siedziba francuskiego prezydenta.
Do tej niechlubnej grupy dołączyli niedawno kolejni – amerykański Departament Bezpieczeństwa Krajowego, współodpowiedzialny za zamykanie pirackich stron oraz RIAA. Pracownicy tej ostatniej organizacji skusili się m.in. na pięć sezonów „Dextera” i muzykę Kanye’ego Westa i Jaya Z oraz oprogramowanie do obróbki plików audio.
Kierując się dotychczasową logiką, Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego powinien zablokować swoje własne strony, a RIAA wytoczyć samej sobie proces o wielomilionowe odszkodowania.
Władze federalne Stanów Zjednoczonych (FBI) ogłosiły dzisiaj, że namierzyły i określiły dziś tożsamość 7 osób powiązanych z funkcjonowaniem serwisu Megaupload, w tym jego założycieli, zarzucając im prowadzenie kryminalnej działalności polegającej na rozpowszechnianiu pirackich treści oraz naruszania praw autorskich w internecie.
Sądowa ława przysięgłych wydała pozwolenie na zamknięcie jednego z największych serwisów hostingowych na świecie Megaupload, na który miliony ludzi mogło anonimowo przesyłać duże pliki.
Cztery z siedmiu wspomnianych osób zostały dzisiaj namierzone i aresztowane przez FBI w Nowej Zelandii. Pozostałe trzy osoby są na wolności. Władze w porozumieniu z ławą przysięgłych powiedziały, że to tylko część członków przestępczej siatki, którą ochrzcili mianem "Mega Conspiracy", a jej członkom postawionych zostanie co najmniej pięć zarzutów, w tym o naruszenie praw autorskich, rozpowszechnianie pirackich treści w internecie oraz spisek przeciw państwu (sic!).
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach