Jeśli byłby sposób na pozbywanie się odpadów atomowych to elektrownie atomowe nie były by takie złe.
Czytał ktoś książkę Jana Van Helsinga "Ręce precz od tej książki" ?
Dość ciekawa lektura ( w połowie, druga połowa raczej seins-fiction ), ale ciekawie poruszony był tam temat odnośnie niewyczerpanej energii i tego, że nawet jeśli powstało by perpetum mobile to nie ujrzało by to dziennego światła z uwagi na upadek mocarstw mających w swoich rękach gaz, ropę itp.
WIELKA BRYTANIA. Jak informują dziś brytyjskie Indymedia, powołując się na źródła lokalne, w czwartek 23 lipca w elektrowni atomowej Hinkley Point B doszło do wycieku radioaktywnych substancji w wyniku którego ośmiu pracowników zakładu zostało napromieniowanych.
Do wypadku doszło podczas prac remontowych prowadzonych przy wyłączonym, trzecim reaktorze elektrowni. Cała ósemka wymieniała jeden z zaworów, gdy w korytarzu w którym pracowali doszło do niekontrolowanej emisji radioaktywnego gazu.
Wyciek został szybko zidentyfikowany i napromieniowani pracownicy opuścili skażoną strefę. Po wstępnych badaniach na terenie elektrowni zostali oni przewiezieni do Harwell w hrabstwie Oxfordshire, gdzie znajduje się placówka Agencji Ochrony Zdrowia zajmująca się, między innymi, pomocą ofiarom napromieniowania.
Zdaniem rzecznika prasowego koncernu EDF Energy zarządzającego elektrownią Hinkley, dawki promieniowania jakie otrzymali poszkodowani są niewielkie i nie zagrażają ich zdrowiu. Na miejscu pracuje już specjalny zespół usuwający skutki awarii, prowadzone jest też dochodzenie mające ustalić jej przyczyny.
Okazuje się, że energia pochodząca z elektrowni atomowych może być nawet dwa razy droższa niż wytwarzana z węgla i gazu – wynika z analizy zleconej przez Polską Grupę Energetyczną.
Ile zatem wynosi całkowity koszt produkcji jednej megawatogodziny energii atomowej? Szacunki mówią kwotach rzędu 550 do nawet 700 złotych. Ważny jest tu też koszt budowy samej elektrowni (twórcy raportu założyli, że kredyt na budowę będzie miał realne oprocentowanie w wysokości 7 procent, a okres jego spłaty wyniesie 15 lat).
Dla porównania dodali, że przy zbliżonych założeniach prąd z nowych elektrowni węglowych (za megawatogodzinę) kosztować może ok. 200-240 złotych, a z gazowych blisko 280 złotych. Oczywiście w grę wchodzą tu również wymogi-opłaty ekologiczne (chodzi o obowiązek zakupu pozwoleń na emisję dwutlenku węgla).
Ale nawet wtedy elektrownie węglowe i gazowe są tańsze niż atomowe - megawatogodzina wyceniana będzie na ok. 370 złotych.
Jądrowy pasztet. Prawdziwe koszty utylizacji odpadów i starych elektrowni.
Markus Deggerich, Der Spiegel, artykuł przetłumaczony i zamieszczony w FORUM
31 sierpnia 2009
Radioaktywne odpady z elektrowni atomowych są śmiertelnie niebezpieczne przez milion lat. Nie da się ich utylizować ani przerabiać, a koszty ich składowania idą w miliardy z kieszeni podatników.
W wyniku serii letnich awarii elektrowni atomowej w Krümmel debata na temat energetyki jądrowej rozgorzała w Niemczech na nowo. Nie chodzi w niej tylko o ryzyko, ale także o to, kto ma ponosić koszty utrzymywania radioaktywnych składowisk: koncerny energetyczne czy państwo?
Karlsruhe to piękne, spokojne miasto. O tym, że niedaleko stąd, w odległości kilku kilometrów, składowany jest pluton, którego starczyłoby do produkcji bomb atomowych, nie wie nikt. Atomowa zupa, w której jest zanurzony, emituje promieniowanie rzędu 700 bld bekereli. To jedna dwudziesta ładunku radioaktywnego, który podczas katastrofy reaktora w Czarnobylu skaził całe połacie ziemi.
Owa toksyczna breja bulgocze w Zakładach Przeróbki Odpadów (WAK) w Karlsruhe. Już dawno powinna stąd zniknąć, ale ryzykowne jest nawet jej przepompowanie. 60 tys. litrów atomowej zupy powinno zostać przetransportowane ze zbiorników ze stali szlachetnej do pieca topiącego, zeszklone w temperaturze 1200 st. C, a następnie umieszczone w zbiorniku. Tylko w ten sposób odpady zostałyby mniej więcej zabezpieczone.
Niedawno rząd landu Badenia-Wirtembergia po raz kolejny przesunął rozpoczęcie przepompowywania. WAK zostały uruchomione w 1971 i pracowały do 1991 roku. Wówczas to połowa zgromadzonych w nich odpadów wylądowała w pobliżu dolnosaksońskiego Remlingen, w Asse II - rzekomo doświadczalnym miejscu składowania najgroźniejszych, najbardziej radioaktywnych odpadów, które trzeba zabezpieczyć na milion lat.
Tanio, bo drogo
Druga połowa pozostała na przedmieściach Karlsruhe w teoretycznie zamkniętych zakładach WAK. Od ponad 20 lat ta samorozgrzewająca się breja musi być schładzana do temperatury 25 stopni i stale mieszana, inaczej grozi katastrofa. Czy to w Karlsruhe, Jülich czy na nie do końca legalnym składowisku Asse II pozostałości po energetyce atomowej stanowią ciągłe zagrożenie i pochłaniają miliardy.
Zagrożenia te od dawna nie napawają troską koncernów atomowych. Ryzyko wypadku ponosi bowiem państwo, a płacą za to obywatele. Wykorzystując zamknięcie zakładów w Karlsruhe, uzyskały przywilej płacenia za pozostałe po nim szkody do wysokości 550 mln euro. Resztę ogólnej kwoty 2,6 mld euro pokrywa państwo. Te kwoty nie pojawiają się w rachunkach za elektryczność, są ukryte w podatkach. Nic dziwnego, że prąd z elektrowni jądrowych wydaje się taki tani.
Minister środowiska Sigmar Gabriel (SPD) realizuje plan odzyskiwania od koncernów energetycznych RWE, E.ON, Vattenfall i EnBW - na tyle, na ile to możliwe - miliardowych kwot na neutralizację pozostałości po elektrowniach jądrowych. Postuluje wprowadzenie podatku od paliw jądrowych w wysokości jednego eurocenta za kilowatogodzinę, aby atomowe ruiny było za co zabezpieczyć. Koncerny atomowe i CDU/CSU nie wyrażają na to zgody.
Przykładem beztroskiej gospodarki atomowej jest reaktor doświadczalny w Jülich, 60 km od Düsseldorfu. W latach 60. władze miejskie marzyły o komunalnych elektrowniach jądrowych. Wraz z naukowcami z Ośrodka Badań Jądrowych w Jülich planowały inwestycję w nowy typ reaktora. Miał być bezpieczniejszy i bardziej ekologiczny niż inne siłownie jądrowe. W 1967 roku doświadczalny obiekt uruchomiono. Obecnie uchodzi za „jeden z tych reaktorów na świecie, które sprawiają największe problemy", jak stwierdził Instytut Ekologiczny w Darmstadt.
W najbliższych miesiącach w Jülich stu specjalistów będzie musiało podjąć równie spektakularną, co kosztowną akcję utylizacyjną. Rdzeń reaktora skażony jest sporymi ilościami radioaktywnych izotopów, takich jak cez 137 i stront 90. Ponadto spoczywa w nim: 198 kulistych elementów paliwowych, częściowo z wysoko wzbogaconym uranem, które przywarły do wnętrza i nie sposób ich wydobyć.
Za dwa lata ważący 2,1 tys. ton rdzeń ma zostać za pomocą specjalnych dźwigów zamknięty w specjalnie zbudowanym, tymczasowym przechowalniku na terenie tego obiektu. To jeden z najbardziej skomplikowanych i niebezpiecznych demontaży instalacji jądrowej, jakie dotychczas oglądał świat. Wnętrze reaktora jest do tego stopnia skażone, że ekipa przeprowadzająca demontaż nie może go pociąć i zaspawać w pojemnikach. Jego promieniowanie na terenie ośrodka, za masywnymi betonowymi ścianami, ma stopniowo wygasać przez 30-60 lat, zanim do dzieła będą mogły przystąpić roboty. Z jednej z ostatnich analiz wynika, że reaktor miał być eksploatowany w niekontrolowanych, zbyt wysokich zakresach temperatur.
Niemieckie ministerstwo środowiska od kilku tygodni próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy operatorzy siłowni i nadzór atomowy w Nadrenii Północnej-Westfalii zawiodły. Bodźcem do zbadania sprawy była również analiza naukowa, z której wynika, że reaktor zapewne tylko o włos uniknął katastrofy. Mogło tam dojść zarówno do niekontrolowanych reakcji łańcuchowych w rdzeniu, jak i do wybuchu, który rozsadziłby obudowę reaktora. Autorem owego sensacyjnego opracowania jest Rainer Moormann, ekspert ds. bezpieczeństwa, do marca br. zatrudniony w Instytucie Badań nad Bezpieczeństwem i Techniką Reaktorową Ośrodka Badawczego w Jülich (FZJ).
Odkrycia te przysporzyły Moormannowi sporo nieprzyjemności ze strony byłych kolegów z branży. Wachlarz obelg, jak mówi, rozciąga się od „kalającego własne gniazdo" po „umysłowo chorego". Eksploatującym reaktor nie przychodziło do głowy, by ze względu na wynikające z jego konstrukcji zagrożenie bezpieczeństwa wyłączyć go w odpowiednim czasie, choćby w 1978 roku, po tym, jak około 30 msześc. wody przeciekło do reaktora z nieszczelnej rury. Woda została tylko odpompowana. I nawet przy tym popełniono błędy. Część tej wody przedostała się przez szczelinę w podłodze do wód gruntowych. 21 lat później podczas rutynowego badania wykryto stront 90 w kanale odprowadzającym wodę deszczową.
Zakopane? Odkopać!
Wprawdzie operatorzy reaktora, podobnie jak nadzór atomowy Nadrenii Północnej-Westfalii, podkreślają, że nie ma zagrożenia bezpieczeństwa, jednak podczas utylizacji w 2003 roku woleli nie brać na siebie odpowiedzialności. Demontaż aż do „zielonej łąki", jak nakazuje niemiecka ustawa o energetyce atomowej, został na zlecenie rządu federalnego powierzony specjalistom, którzy swych kompetencji dowiedli już przy zamykaniu reaktorów w Niemczech Wschodnich. Państwowe Zakłady Energetyczne Północ (EWN) wypełniły już reaktor ponad 500 metrami sześciennymi lekkiego betonu porowatego. - W ten sposób wykluczono zagrożenie dla ludzi i środowiska - mówi szef EWN Dieter Rittscher.
Także w Jülich koszty utylizacji gwałtownie wzrosły: na początku szacowano je na 34 mln marek, ostatnio mowa jest o 500 milionach euro za samo tylko usunięcie reaktora. Zakładów komunalnych, które zainicjowały ten projekt, prawie wcale nie będzie to obciążać. Zawsze ten sam scenariusz: najpierw firmy, licząc na zyski, rozkręcały inwestycje jądrowe, a potem zrzucały całą odpowiedzialność na państwo.
Tak samo było przy projekcie trwałego, zdolnego wytrzymać milion lat składowiska odpadów wysoko radioaktywnych Asse II. Składowisko - w ramach eksperymentu - zapełniano odpadami w latach 1994-2004. Początkowo uznawano 850 mln euro za kwotę wystarczającą dla dalszego, bezpiecznego przechowywania tych odpadów. Obecnie minister Gabriel mówi jednak o dwóch do pięciu miliardach euro, ponieważ Federalny Urząd ds. Ochrony Radiologicznej sprawdza także szokujący wariant wydobycia odpadów ponownie na powierzchnię ziemi (takie debaty zaczęto toczyć po tym, jak się okazało, że z kopalni wycieka radioaktywna solanka - przyp. FORUM). Odpowiedź branży atomowej: Za sposób przygotowania kopalni jako miejsca składowania nie ponosimy współodpowiedzialności - mówi szef lobbystów Walter Hohlefelder - więc nie będziemy partycypować w finansowaniu.
Tak czy inaczej wygląda na to, że państwo wyciągnęło naukę z tych przypadków. Teraz za demontaż elektrowni atomowych mają płacić sami operatorzy, a za składowiska będą ponosić odpowiedzialność sprawcy ewentualnych awarii. Nowe składowisko ma zostać otwarte w szybie Konrad, nieczynnej kopalni żelaza koło Salzgitter (Dolna Saksonia), w 2014 roku. Koszty ogólne w wysokości 1,8 mld euro w dwóch trzecich pokryje przemysł energetyczny. Dużo więcej będzie kosztować usuwanie z elektrowni odpadów wysoko radioaktywnych. Jest ich niewiele, ale są niezwykle niebezpieczne. To czyni kwestię lokalizacji miejsca ich wieczystego składowania tak drażliwą, bo kto jest w stanie podać wiarygodną prognozę na milion lat?
Obecnie branża atomowa naciska, by jak najszybciej oficjalnym składowiskiem ostatecznym ogłosić kopalnię soli Gorleben w Dolnej Saksonii (na razie znajduje się tam tymczasowe składowisko: betonowa hala, w której złożono 91 pojemników z wysoko radioaktywnymi odpadami; gdy ich temperatura spadnie z 400 do 200 stopni, będą mogły zostać przeniesione do składowiska wieczystego, jeśli takie miejsce zostanie znalezione - przyp. FORUM). Koncerny zainwestowały tam już 1,5 mld euro.
Zielone zyski
Choć w ogóle jeszcze nie wiadomo, jak to składowisko będzie wyglądać i ile kosztować, Hohlefelder mówi już o łącznej sumie, jaką zainwestuje energetyka atomowa: 3,5-4 mld euro. Doświadczenia z Karlsruhe, Jülich, Asse i enerdowskiego Morsleben pokazują jednak, że w końcu będzie chodzić o zupełnie inną wysokość kosztów. Kto na przykład weźmie odpowiedzialność za wydobywanie odpadów atomowych za sto lat, gdy koncerny takie jak Vattenfall być może nie będą już istnieć?
To sprawia, że inicjatywa ministra Gabriela dotycząca podatku od paliw jądrowych budzi dyskusje. SPD chce w znacznym stopniu przenieść koszty utylizacji na sprawców, czyli odesłać je nadawcy. Za pośrednictwem podatku dopisano by koncernom do rachunku realne koszty ich działalności. - Nie spowodowałoby to podrożenia prądu, lecz uszczupliło zyski firm - mówi Gabriel.
Natomiast CDU/CSU ma inną koncepcję. Obiecuje zieloną utopię energetyczną dzięki przedłużeniu okresów eksploatacji elektrowni atomowych. „Zyski z energetyki atomowej powinny być w znacznej części gromadzone i inwestowane w dalsze badania" - napisano w programie wyborczym partii. Wobec braku odpowiedzialności ze strony branży atomowej nasuwa się pytanie, dlaczego państwo nie miałoby przeforsować obu tych propozycji i zyski z pozostałych okresów eksploatacji przeznaczyć zarówno na likwidację licznych starych obiektów, jak i na rozwój energetyki proekologicznej. Dodatkowe środki finansowe na energie odnawialne, które w przeciwieństwie do energetyki atomowej nie zostawiają po sobie kłopotliwego spadku na miliony lat, są pilnie potrzebne. Bo także w 2009 roku rząd federalny na badania alternatywnych źródeł energii przeznaczy mniej niż na demontaż obiektów jądrowych.
Wczoraj w schronisku na Rogaczu niedaleko Magurki spotkali się uczestnicy zlotu „Na Czarnym Szlaku”. Impreza odbywa się raz w roku, jesienią. Organizatorem są środowiska wolnościowe i anarchistyczne. Najgorętsze dyskusje tym razem wywołał Jarema Dubiel, jeden z najbardziej znanych polskich ekologów, który podał szokujące fakty dotyczące polskiego programu atomowego.
– W tym roku, w marcu – przybliżał Jarema Dubiel, jeden z założycieli Ruchu Wolność i Pokój i organizator pamiętnych protestów przeciwko budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu – w Ministerstwie Gospodarki, skasowano departament ds. dywersyfikacji energetycznej. Ten departament zamieniono na departament ds. energii jądrowej. Czyli to, co miało się zajmować odnawialnymi źródłami energii, geotermią, wiatrakami itd. zostało zlikwidowane. Cała kasa prawdopodobnie pójdzie na propagandę atomu.
Dubiel nie ma wątpliwości, jakie są prawdziwe cele inwestycji w atom.
– Ruch na rzecz energii jądrowej zawsze był powiązany z interesami kompleksu militarno-zbrojeniowego – tłumaczył Jarema Dubiel. – Chłopaki marzą o swojej bombie atomowej – tak skomentował głośną deklarację premiera Donalda Tuska (PO) w sprawie budowy w Polsce dwóch elektrowni atomowych.
Ekolog przedstawił dane, z których wynika, że elektrownie atomowe nie zaspokoją zapotrzebowania na energię. Żarnowiec miał je pokryć zaledwie w 2%. Dwukrotnie większa elektrownia nadal nie rozwiąże problemu deficytu energetycznego kraju. Tymczasem aż 30% energii tracimy z powodu przestarzałych, niemodernizowanych linii przesyłowych. Za te ubytki płacą jednak sami odbiorcy. Ten fakt nie jest w ogóle brany pod uwagę, gdy decydenci przekonują nas do atomu. Zdaniem Dubiela, odsłania to ich prawdziwe intencje.
– Dziś elektrownie atomowe buduje głównie Trzeci Świat – wyjaśniał Dubiel – i Francja, która ze względu na swoje mocarstwowe ambicje, ugrzęzła w atomie po uszy.
Jarema Dubiel nie ma wątpliwości, że Francuzi, którzy mieliby udzielić Polsce kredytu i technologii do budowy elektrowni atomowej, zrobią na tym dobry interes. Będziemy – zdaniem ekologa – spłacać dług dostarczając Francji prąd, a odpady i skażenia zostaną u nas. W Polsce działa już potężne lobby pro-atomowe. Sama, powiązana z rządem, Państwowa Agencja Atomistyki, zatrudnia kilka tysięcy osób. Dubiel zwrócił uwagę, że ostatnio instytucja ta otrzymała z Unii Europejskiej dotację w wysokości 100 mln euro.
Specjaliści nakazują poprawę systemów sterowania bezpieczeństwem.
Współpraca między Polską a Francją to prawdziwy start programu jądrowego w Polsce - onet.pl cytuje słowa premiera Donalda Tuska po spotkaniu w Paryżu z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym. Wynika z tego, że planowane w Polsce elektrownie atomowe będziemy budować korzystając z francuskiej technologii. Ale czy to bezpieczne?
Brytyjscy, francuscy i fińscy eksperci nakazali francuskiej firmie budującej reaktory atomowe poprawę bezpieczeństwa reaktora najnowszej generacji - EPR - informuje "Le Figaro".
Specjaliści stwierdzili, że występują "niedociągnięcia" w dziedzinie kontrolowania pracy reaktora. Przede wszystkim chodzi o system zabezpieczeń dotyczący reaktora podczas awarii, jego niezależność od równoległego systemu kontrolującego normalną pracę reaktora.
EPR (European Pressurised Water Reactor) miał być flagowym projektem energetyki jądrowej. Według tej technologii budowane są w tej chwili dwa reaktory: Flamanville 3 w północno-zachodniej Francji i Olkiluoto w Finlandii - przypomina "Le Figaro".
W obu przypadkach prace nieustannie są przerywane ze względu na problemy z jakością materiałów i wykonania. W maju 2008 roku inwestor francuskiej elektrowni - Electricite de France - zmuszony był wstrzymać prace, bo pękał beton, który miał stanowić podstawę budowli.
Propagandziści elektrowni atomowych zapewniają społeczeństwo, że elektrownie atomowe to bezpieczne instalacje. Jednak wiele informacji wskazuje, że do zapewnienia bezpieczeństwa droga jeszcze daleka – mówi prof. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej.
- Brytyjski Inspektorat Instalacji Atomowych (Nuclear Installations Inspektorat)e odmówił wydania zgody na budowę reaktorów atomowych typu EPR (European Pressurised Reactor - nowy reaktor o mocy 1600MW) uzasadniając to obawą o bezpieczeństwo ich działania. Wskazano na problemy z systemami sterownia i kontroli bezpieczeństwa tych reaktorów - informuje prof. dr hab. inż. Władysław Mielczarski, profesor zwyczajny na Politechnice Łódzkiej, członek European Energy Institute.
W swoim piśmie skierowanym do potencjalnego inwestora EdF i dostawcy reaktorów Areva, brytyjski inspektorat pisze: "mamy poważne obawy dotyczące waszych propozycji, która spowodowałaby że systemy [atomowe] o niskim stopniu bezpieczeństwa zastąpiłyby [obecne] systemy wyższej klasy".
- Zastrzeżenia te należy brać bardzo poważnie. Brytyjski Inspektorat Instalacji Atomowych, to poważna instytucja zatrudniająca ponad 450 pracowników, w większości ekspertów z ponad 20-30 letnim stażem. Są to osoby, które projektowały, budowały i nadzorowały pracę brytyjskich elektrowni atomowych przez wiele lat. Ich zastrzeżenia dotyczą kluczowych dla bezpieczeństwa pracy systemów, które sterują temperaturą, ciśnieniem i mocą wyjściową elektrowni atomowych. Wskazują oni również na problemy z zatrzymaniem pracy reaktora zarówno bezpośrednio z elektrowni, jak i z pewnej odległości z centrali sterowania - podkreśla Władysław Mielczarski.
Prof. Mielczarski przypomina, że Polska rozważa zakup reaktorów typu EPR. W ramach programu atomowego wysłana została do Francji grupa na szkolenie. Powstaje jednak szereg pytań.
Czy polscy "eksperci" po kilku tygodniowych kursach, bez praktycznego doświadczenia, są w stanie ocenić bezpieczeństwo proponowanych do budowy w Polsce technologii? Czy będą zdani tylko na informacje, jakie przekażą im producenci? Czy do końca roku 2010, kiedy Polska ma podjąć decyzję o wyborze technologii, wykonawca reaktorów jest w stanie poprawić skomplikowane układy sterowania tak, aby były bezpieczne? - zastanawia się prof. Władysław Mielczarski.
W jego ocenie, jeżeli w roku 2010, kiedy nie zostałyby jeszcze poprawione układy bezpieczeństwa EPR, Polska podjęłaby decyzję o ich zakupie, byłaby to decyzja nieodpowiedzialna. Gdyby jednak tę technologię odrzucić w fazie poprawiania układów bezpieczeństwa i zdecydować się na inną, to mogłoby być to pochopne.
Prof. Mielczarski podkreśla, że konieczna jest w Polsce poważna dyskusja nad bezpieczeństwem instalacji atomowych, w tym również nad problemami składowania odpadów radioaktywnych oraz ich wpływie na ludzi i środowisko. Hałaśliwa propaganda, że instalacje atomowe, to super-bezpieczne i super-niezawodne urządzenia nie przekona nikogo.
- Wszyscy pamiętają, że niedługo minie 100 lat od chwili, gdy ludzie byli przekonani, że zbudowali super-niezawodne urządzenie. Był to statek i nazywał się Titanic. Od tego czasu nie ma już bezpiecznych czy niezawodnych urządzeń. Czytając peany lobbystów dotyczących bezpieczeństwa reaktorów atomowych warto się zastanowić czy nie próbują nam sprzedać biletu na kolejnego Titanica - podsumowuje Władysław Mielczarski.
Wciąż mówi się o rzekomo „nieskończonych” możliwościach energetyki jądrowej i obfitości paliwa, które ma starczać na wiele stuleci rozwoju. Paliwo uranowe ma również zapewniać „niezależność surowcową” od Rosji i innych krajów.
Trzeźwa analiza faktów przeczy jednak takiemu optymizmowi i wskazuje raczej na to, że realne możliwości energetyki jądrowej zostały mocno przecenione, a zasoby paliwa mogą się niebawem bardzo skurczyć, zaś pozostałe zasoby będą się znajdować w ręku byłych supermocarstw jądrowych.
Na świecie na początku sierpnia pracowało 435 reaktorów, o dziewięć mniej, niż w 2002 roku. W budowie znajdują się 52 obiekty. Jak dowiadujemy się z raportu "The World Energy Industry Nuclear Report 2009" - znaczenie energii produkowanej w elektrowniach atomowych nie rośnie tak jak się tego spodziewała większość specjalistów. Udział siłowni jądrowych w produkcji energii elektrycznej sięga około 14 proc. i nie zwiększa się ostatnich latach. Choć nowe reaktory dysponują większą mocą, w ciągu ostatnich 5-10 lat zwiększona moc nowych reaktorów kompensowała jedynie moc utraconą w wyniku wycofywania z użycia starych reaktorów. W 2008 r. nie podłączono do światowej sieci energetycznej ani jednego nowego reaktora.
Pomimo zmniejszającej się liczby pracujących reaktorów na świecie, ilość dostępnego paliwa nie dorównuje na dłuższą metę zapotrzebowaniu. Bez radykalnego zwiększenia produkcji tego paliwa rozwój energetyki atomowej może ulec poważnemu zahamowaniu.
Doktor Michael Dittmar, badacz z Instytutu Fizyki Cząstek w Zurychu i pracownik CERN w Genewie, opublikował na stronie „The Oil Drum” http://europe.theoildrum.com/node/5631 artykuł oparty na raportach Międzynarodowej Agencji Energii Jądrowej (IAEA), Agencji Energii Jądrowej krajów OECD (NEA), Światowego Stowarzyszenia Jądrowego (WNA) i Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA).
Według danych podawanych przez agencje atomowe, łączna moc wszystkich elektrowni atomowych działających na świecie w 2009 r. to 370 GW, co odpowiada 14% energii elektrycznej wytworzonej na świecie. Aby utrzymać pracę elektrowni, rocznie potrzebne jest 65 tys. ton uranu, lub jego odpowiednika. W ciągu ostatnich 15 lat, jedynie 2/3 paliwa dostarczały kopalnie uranu, a jedna trzecia pochodziła z zasobów wtórnych. Ilość paliwa pochodzącego z zasobów wtórnych odpowiada niemal łącznej masie uranu wydobytego do tej pory w krajach z największymi złożami: Kanadzie, Australii i Kazachstanie.
Do zasobów wtórnych należą ponownie przetwarzane odpady jądrowe, nadwyżka plutonu pochodząca z rezerw wojskowych, izotop uranu 235 wytwarzany przez wtórne wzbogacanie zubożonego uranu 235, zapasy magazynowe naturalnego uranu, ponownie wykorzystany uran z arsenałów wojskowych, oraz rezerwy plutonu 239 z ostatnich 50 lat.
Według agencji IAEA i NEA, wtórne zasoby uranu zostaną zupełnie wyczerpane w ciągu następnych 5-10 lat. Obecnie nie planuje się budowy nowych zakładów do przetwarzania zużytego paliwa jądrowego, co przy bardzo długim okresie wdrażania podobnej technologii oznacza, że recykling paliwa jądrowego nie zwiększy się znacząco w ciągu 5-10 lat. Ponadto, przetworzone paliwo jest niezwykle niebezpieczne dla środowiska ze względu na dużą ilość najróżniejszych elementów radioaktywnych, oraz ze względu na możliwość wykorzystania plutonu 239 zawartego w zużytym paliwie do konstrukcji broni jądrowej. Z tych względów, projekty recyklingu paliwa jądrowego nie są rozwijane.
Na początku 2009 r., istniejące zapasy uranu do zastosowań cywilnych równały się około 50 tys. Ton. Co roku, zapasy te uszczuplają się o 10 tys. ton, co oznacza, że w ciągu następnych 5 lat zostaną wyczerpane. Stanie się to w 2013 r., kiedy zakończy się program przekazywania rosyjskich zapasów wojskowych uranu do USA (rocznie 10 tys. ton). Większość pozostałych zapasów uranu do zastosowań cywilnych (ok. 30 tys. ton) znajduje się pod kontrolą rządu USA i amerykańskich firm. Wydaje się mało prawdopodobne, że Stany Zjednoczone będą chciały podzielić się strategicznymi rezerwami uranu z innymi użytkownikami energii jądrowej.
Tak więc wszelkie dane wskazują na to, że uniknąć niedoboru zasobów uranu w wielu krajach OECD będzie można jedynie, jeśli pozostałe zapasy wojskowe w Rosji i USA (czyli około 500 tys. ton) zostaną udostępnione do zastosowań cywilnych w innych krajach. Ale nawet, gdyby przyjąć, że nastąpi całkowite rozbrojenie jądrowe (co przecież jest mało prawdopodobne), to i tak zapasów wojskowych starczyłoby maksimum na 25 lat działania istniejących i planowanych elektrowni jądrowych.
Jak szacuje agencja WNA, rok 2006 był szczytowym rokiem jeśli chodzi o ilość wyprodukowanej energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych (2658 TWh). W roku 2007 to było już tylko 2608 Twh, a w 2008 r, 2601 Twh.
Z 31 krajów, w których uruchomione są elektrownie jądrowe, tylko Kanada, RPA i Rosja były samowystarczalne pod względem zapasów uranu. Najbardziej narażone na niedobory paliwa są elektrownie w Japonii, Południowej Korei i krajach Zachodniej Europy.
Ponieważ dziś w budowie znajduje się 48 reaktorów, a 60 jest w fazie planów, przy założeniu że wszystkie zostaną zakończone zgodnie z planem, w ciągu następnych 5-10 lat do światowej sieci energetycznej popłynie dodatkowe 5-10 GW/rok. Wspomniane reaktory będą potrzebować 500 ton naturalnego uranu na Gigawat energii podczas pierwszego rozruchu, a w kolejnych latach 170 ton na rok. Tak więc potrzebne będzie 5 tys. ton uranu rocznie, aby nowe reaktory stały się operacyjne. Jeśli w tym czasie 100 najstarszych reaktorów nie zostanie zamknięte, światowe roczne zapotrzebowanie na uran zwiększy się z 65 tys. ton w 2008 r. do 90 tys. ton w 2015 r.
Najbardziej optymistyczne prognozy wydobycia uranu szacują, że do 2013 r. Kazachstan będzie w stanie zwiększyć swoje wydobycie do 18 tys. ton rocznie (z poziomu 8500 ton w 2008 r.). Również liczy się na podobne zwiększenie wydobycia w Nigerze, Namibii, RPA i ostatnio Tanzanii. Jednak na wiosnę 2009 r., WNA zaktualizowało prognozy wydobycia na 2010 rok dla Kazachstanu, do niecałych 15 tys. ton. Skandal korupcyjny w sektorze wydobywczym w Kazachstanie ujawnił, że prawdziwe możliwości złóż są jeszcze niższe.
Światowym niedoborom uranu będzie można zapobiec tylko wtedy, gdy światowe wydobycie będzie się zwiększać o 10% rocznie (czyli o ok. 5 tys. ton). Tego typu wzrost wydaje się jednak dość mało prawdopodobny. Już w 2009 r. prawdopodobnie będzie brakować około 1400 ton. W 2006 r. światowe wydobycie uranu (39,6 tys. ton) stanowiło jedynie 60% rocznych potrzeb istniejących reaktorów (66,5 tys. ton). W 2008 r. wydobyto na świecie 43 tys. ton. W poprzednich latach, wydobycie wahało się od 39 tys. ton do 41 tys. ton. Warto zwrócić uwagę, że według danych agencji WNA, realne wydobycie było przeważnie mniejsze o tysiąc ton od zakładanego w prognozach. W tzw. „czerwonej książce” - raporcie agencji IAEA/NEA – stwierdzono, że realne wydobycie uranu „nigdy nie przekroczyło 89% zakładanej wielkości, a od 2003 r. wahało się od 75% do 84% planów produkcyjnych”.
Problem dotknie w największym stopniu kraje, które czerpią największą część wytwarzanej przez siebie energii z atomu. Stany Zjednoczone, Francja, Japonia, Rosja, Niemcy, Południowa Korea, Wielka Brytania, Ukraina, Kanada i Szwecja zużywają razem około 84% dostępnego uranu (54 tys. ton rocznie).
Tylko Kanada, Rosja, USA i Ukraina nadal wydobywają znaczące ilości uranu. Jedynie Kanada produkuje duże ilości na eksport. Jednak nawet tam, wydobycie zmniejsza się o 5% w skali roku, a nowe kopalnie i rozszerzanie starych nie są w stanie temu zapobiec. Pozostałe kraje z wymienionej dziesiątki są bardziej uzależnione od importu uranu, niż od importu ropy i gazu.
Niemcy i Francja zaprzestały wydobycia na własnym terytorium, a Japonia, Wielka Brytania i Szwecja nigdy nie miały wystarczających złóż. W przypadku Stanów Zjednoczonych, wydobycie spadło z 17 tys. ton w 1980 r. do 1430 ton w 2008 r. Taki poziom wydobycia nie starczy nawet na obsługę 10% istniejących elektrowni. USA są w tej chwili w pełni zależne od importu uranu z wojskowych zapasów byłego Związku Radzieckiego. W 2013 r. zakończy się umowa z Rosją, która prawdopodobnie postanowi wykorzystać pozostałe zasoby na potrzeby własnej energetyki jądrowej.
Dane uwzględniające realną dostępność uranu wskazują na to, że jedynym realnym scenariuszem jest powolne zmniejszanie się sektora energetyki jądrowej na świecie o 1% rocznie począwszy od 2010 r. Pozostałe zasoby znajdą się w ręku państw, które nagromadziły ogromne ilości uranu na cele wojskowe.
Mamy schyłek roku 2009. Powstanie elektrowni atomowej na terenie Polski stało się jednym z priorytetów obecnego rządu. O powadze zamiarów polskiego premiera najlepiej zaświadcza utworzenie stanowiska pełnomocnika ds. energetyki jądrowej, które objęła Hanna Trojanowska. Rozwój energii atomowej w Polsce trafił na podatny grunt i już teraz w miejscach gdzie przewidziano prawdopodobną lokalizacje tego typu obiektów tworzą się formalne i nieformalne grupy nacisku, których celem jest przeforsowanie inwestycji w obrębie rodzimego terytorium. W walkę o lokalizacje obiektu włączają się nie tylko indywidualni zapaleńcy ale i przedstawiciele miejscowych struktur partyjnych oraz koła związane z przedsiębiorczością. Równie ważnym elementem działań w tym przeciąganiu liny stały się zakusy w sferze public relations mające na celu zyskanie akceptacji mieszkańców poszczególnych gmin, o czym ci ostatni przekonają się niebawem.
W związku z coraz bardziej materializującym się powiewem przyszłości zakładającym utworzenie elektrowni atomowej w Polsce warto już teraz poruszyć problem, który do tej pory poruszony nie został a, który jak należy się obawiać, w toku innych racji zostanie niezauważony lub celowo pominięty.
W połowie lutego 2009 roku delegacja rządowo-samorządowa wybrała się do Francji – aby jak niesie komunikat – poznać francuskie doświadczeniami w zakresie realizacji i wykorzystania przedsięwzięć atomowych. Delegacji przewodniczył ówczesny wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld zaś w składzie nie zabrakło innych przedstawicieli rządu oraz samorządów bezpośrednio zainteresowanych inwestycją. Podczas 4-dniowego wyjazdu członkowie delegacji nie tylko poznali i zwiedzili instalacje atomowe ale i uczestniczyli w spotkaniach z przedstawicielami rządu, agencji oraz koncernów związanych z sektorem atomowym. W ramach tego tournee Adam Szejnfeld spotkał się także z przedstawicielami samych firm energetycznych znad Sekwany: Electricite de France (EdF), Gaz de France Suez (GdF Suez) oraz Areva, które deklarowały swoją gotowość do inwestycji w sektorze jądrowym na terenie Polski.
Podróż do Francji nie jest dziełem przypadku. Rynek francuski pozostaje jednym z głównych potentatów wykorzystania oraz krzewienie atomu. Aż do 80% krajowej energii pochodzi właśnie z elektrowni jądrowych a obok tego potencjału francuska energetyka może pochwalić się olbrzymią bazą konstruktorską i zaopatrzeniową. I to właśnie strona francuska pretenduje do miana głównego partnera w inwestycji, o czym świadczą słowa samego Donalda Tuska, który po jednym ze spotkań z Nicolasem Sarkozym powiedział, iż „Francuzi byliby w tym projekcie bardzo atrakcyjnym partnerem”
URAN I PRAWA CZŁOWIEKA
Elektrownia jądrowa podobnie, jak pozostałe konstrukcje tego typu, potrzebuje paliwa, bezustannego tchnienia surowca, które ją ożywi i uczyni funkcjonalną. Tym czym dla elektrowni węglowej pozostaje węgiel tym dla elektrowni jądrowej jest przede wszystkim uran. I tak jak wydobycie ropy naftowej nie pozostaje bez wpływu na obszar w obrębie, którego pozyskuje się „czarne złoto” tak i pozyskanie uranu uderza w najbliższe oraz dalsze otoczenie. Na przestrzeni drugiej połowy XX wieku bez skrupułów wydobywano uran i to nie tylko w krajach tzw. południa ale i w strefach geograficznych gdzie hasła demokratyczne miały stanowić moralną wizytówkę.
Australia do dziś plasująca się w czołówce krajów wydobywających uran ma długą tradycję w ignorowaniu Aborygenów. Uranowe przedsięwzięcia od lat pięćdziesiątych uderzały w rdzennych mieszkańców Australii, począwszy od Ziemi Arnheima a skończywszy na południowych zakątkach najmniejszego kontynentu naszego globu. W tej złowieszczej puszce Pandory możemy wymienić zanieczyszczenia terytoriów i wód, narażenie na kontakt z radioaktywnymi odpadami, bezczeszczenie miejsc kultu aż po eksmisje ludności. Do dziś liczne społeczności Aborygenów borykają się ze spuścizną lub bieżącym zagrożeniem ze strony kompanii uranowych oraz wspierających je ludzi ze sfer rządowych (czego nie zmieni dwulicowy kontrargument, że niektóre grupy przyjmowały pewne zadośćuczynienia czy gratyfikacje w zamian za pozwolenia lub doznane ujmy).
Kolejnego uranowego triumwira znajdziemy w Stanach Zjednoczonych. Indianie Nawaho to najliczniejsze plemię Stanów Zjednoczonych. W nawajskim przekazie ziemia jest organizmem żywym , stanowi kolebkę związku między śmiertelnikami a siłami natury o ludzkim wyglądzie, ożywianymi przez nieśmiertelne „formy wewnętrzne”; Nawahowie zaś są strażnikami Ziemi. I to rozdarcie owej ziemi w celach pozyskania uranowego surowca uderzy w wielu członków nawajskiej społeczności. Najbardziej ucierpieli górnicy pracujący w okolicznych kopalniach ale brak uświadomienia sprawił, że większa społeczność korzystała z innych dóbr naturalnych skażonych przez oddziaływanie „ognisk” uranowych. Firmy górnicze pracowały na terenie rezerwatu Nawahów przez 40 lat. W skład pamiątek po tym okresie wchodziły min. zdewastowane terytoria, skażone wody gruntowe, pozbawione bez nadzoru odwierty oraz choroby popromienne. W roku 2005 Rada Narodu Indian Navajo wprowadziła zakaz wydobycia i przetwarzania uranu na terenie rezerwatu ale Firma Hydro Resources nie wykluczyła, że zaskarży ustawę Indian Nawajo do sądu.
NIGER, URAN i TUAREGOWIE
Tuaregowie to lud berberyjski z centralnej Sahary, słynący ze swych koczowniczych tradycji. Choć Tuaregowie pozostają muzułmanami to w przeciwieństwie do pewnych stereotypów dotyczących muzułman, to nie kobiety a mężczyźni zakrywają twarz. Reguła ta zawiera się w ich nazwie Kel Tagelmust, którą można tłumaczyć dosłownie jako „zakrywający twarz”. Tradycję zakrywania twarzy możemy upatrywać w formie ochrony przed złymi duchami jak i w praktycznym sposobie osłony przed piaskiem unoszonym przez saharyjskie wiatry. Tuaregowie tradycyjnie dzielący się na wiele grup i plemion tj. min Kel-Adrar, Kel-Air czy Kel-Ahaggarr, od wieków pielęgnowali klasyczne tradycje koczowników Sahary, zapisując się na kartach historii jako handlarze i niestrudzeni piloci karawan a ponadto, także jako nieokiełznani wojownicy oraz pośrednicy w handlu niewolnikami z, których pracy również korzystali.
Życie Tuaregów, nomadów pustyni, na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat ulegało coraz większym zmianom odbiegając z dnia na dzień od pierwotnych wzorców. Polityczne zawirowania, susze oraz pokutujący żywot przesiedleńca rozbiły tradycyjne struktury klanowe i doprowadziły do tego, że duża część tuareskiej społeczności porzuciła tradycyjny żywot nomada.
Nowa pokolonialna mapa Afryki nie uwzględniła opcji nie zależnościowej dla Tuaregów zaś ziemie przezeń zamieszkiwane znalazły się w obrębie pięciu kolejnych państw: Libii, Algierii, Burkina Faso, Mali i Nigru.
Niger pozostaje jednym z najmniej zasobnych państw świata. Następujące po sobie susza i plaga szarańczy, które nawiedziły ten kraj w 2004 roku dotknęły głodem 3 miliony osób, w tym około miliona dzieci. Aby przetrwać ludzie sięgali po trawę i liście drzew. Ta dramatyczna sytuacja przemilczana przez media i sfery rządowe kolejnych krajów przez długi czas pozostawała w kropce. Zaskakujący pat, który ukazuje nam się oto w całej krasie, doskonale oddaje ignorancję jaką zwykło się otaczać małe kraje, zupełnie anonimowe dla entuzjastów geopolityki. A, że jest to ignorancja bardzo warunkowa przekonamy się przyglądając się bliżej sytuacji w Nigrze.
Pomimo, że Niger w ujęciu ekonomicznym pozostaje krajem biednym to równocześnie znajduje się w ścisłej czołówce państw wydobywających i eksportujących uran. Ten cenny dla aparatu władzy surowiec stanowi ważne źródło dochodu oraz przeważającą część eksportu. Nadmieńmy, że równocześnie uran pozostaje dla przemysłowych kół w Nigrze przedsięwzięciem bardzo perspektywicznym, gdyż oprócz istniejących kopalni, już teraz pojawiają się zakrojone na szeroką skalę przymiary dla nowych przedsięwzięć wydobywczych. Od 40 lat nigerskie złoża uranu eksploatuje rynek francuski czerpiąc stamtąd 75 procent uranu wykorzystywanego następnie jako paliwo dla elektrowni jądrowych. Tamtejszymi złożami żywo interesowała się również strona chińska.
Po dekolonizacji Sahary, Tuaregowie nie znaleźli sobie wystarczającego zrozumienia w żadnym z nowopowstałych krajów. Względnie znośna egzystencja na terytorium libijskim czy algierskim miała się jednak nijak do sytuacji z jaką Tuaregowie zetknęli się na terytorium nigerskim. Ci dumni ludzie szybko stali się ofiarami dyskryminacji, marginalizacji oraz stopniowego ubożenia całych społeczności. W odpowiedzi lud Kel Tagelmust wielokrotnie wskrzeszał rebelie i to zarówno po stronie malijskiej jak i nigerskiej.
Największym utrapieniem dla Tuaregów oraz zarazem kością niezgody pozostaje nigerska wizytówka na giełdzie surowca, czyli ów złowieszczy uran. Wiele ognisk uranowych znajduje się na terytorium tuareskim a pozwolenia na poszukiwanie złoża tego surowca nie jednokrotnie obejmują tereny pastwisk.
Do walki o kontrakty włączyło się wiele firm ale obronną ręką wyszła strona francuska, a dokładniej firma Areva, największy pracodawca w Nigrze, która w regionie Imouraren wybuduje drugą co do wielkości kopalnię uranu na świecie. Opiewające na olbrzymie sumy kontrakty zagwarantowała również sobie strona chińska.
Romansując z rządem nigerskim prywatne firmy jak i sam rząd tegoż kraju nie szczególnie przejmują się losem Tuaregów. Eksploatacja złóż uranu nie pozostaje bez wpływu na nigerskich „nomadów pustyni”. Woda, największy skarb pustyni z, którego korzystają Tuaregowie jest coraz bardziej radioaktywna. W niektórych regionach stężenie radioaktywnych substancji w wodzie przekracza 10-krotnie dopuszczalne normy. Pomimo, iż kopalnie znajdują się na terytorium tuareskim to gospodarze tych ziem nie otrzymują żadnego zadośćuczynienia za wyrządzane szkody ani nie mają żadnego udziału w podziale zysków z eksploatacji uranu. „We Francji prawie co trzecia żarówka świeci dzięki uranowi z Nigru, a kopalnie w regionie Agades pobierają wodę z jedynego źródła, jakim są wody głębinowe, w ilościach takich, że za 40 lat jej tam zabraknie”. Kiedy uran w Nigrze się skończy, pasterstwo Tuaregów odejdzie wraz z nim. Ta irytująca ignorancja dodaje kolejny łyk wody do przelewającej się czary goryczy i na pewno nie wpływa pozytywnie na wciąż nie zagojone i uwypuklające się różnice oraz niechęci etniczne między Tuaregami właśnie, a ludami z południa o ciemniejszym odcieniu skóry.
Pat oraz pogarszająca się sytuacja Tuaregów w Nigrze doprowadziły do wybuchu kolejnej tuareskiej rebelii w lutym 2007 roku, którą zainicjowali rebelianci z Mouvement des Nigériens pour la Justice (MNJ) domagający się szerszej autonomii oraz udziału w zyskach z wydobycia uranu. Walki na większą i mniejszą skalę trwały przez ostatnie lata a prowadzone negocjacje na dzień dzisiejszy ugrzęzły w martwym punkcie. Podczas trwania konfliktu doszło do rażących naruszeń praw człowieka i wolności słowa, które nasilały się wraz z kolejnymi klęskami nigerskiej armii rządowej. Rząd nigerski zamknął dostęp do północnych rubieży kraju, kontrolowanych przez rebeliantów oraz dał wojsku wolną rękę w pacyfikacji wspomnianego terytorium. Kontrowersyjne przypadki śmierci cywilów, ucieczki przed brutalnością armii oraz prywatna wojna rządu z dziennikarzami relacjonującymi przebieg konfliktu, nie pomyśli kurateli z Niamej, to tylko niektóre oburzające odpryski konfliktu. Głośnym stało się aresztowanie dwóch francuskich dziennikarzy Thomasa Dandois i Pierre’a Creissona, którzy dotarli do tuareskich rebeliantów realizując reportaż dla telewizji Arte. Reżim w Niamej zareagował bardzo psychodelicznie oskarżając journalistów o szpiegostwo na rzecz Tuaregów i grożąc zatrzymanym karą śmierci (obaj zostali ostatecznie zwolnieni). Zatrzymany i aresztowany zostaje również Adam Kajzer, absolwent geografii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, który opublikował obszerny artykuł na ten temat pt. „Operacja w Przepuklinie” na łamach miesięcznika „Znak”.
Określenie reżim w odniesieniu do władz nigerskich jest epitetem celnym i to zarówno pod względem poczynań jak i ostatnich rozwiązań prawnych. Ostatnie referendum i zmiany konstytucyjne niemal cały aparat władzy oddały w ręce prezydenta Mamadou Tandja, który odtąd swoje postulaty będzie mógł wdrażać jeszcze bardziej żelazną ręką.
BEZPIECZEŃSTWO ENERGETYCZNE CZY MORALNE PRZEBUDZENIE?
Rewolucyjne przeobrażenia techniczne oraz gospodarcze ostatniego stulecia, rzutujące na każdy aspekt rzeczywistości, doprowadziły do wytworzenia się stosunków społecznych oraz specyficznego stylu życia, których standard oraz utrzymanie wymaga bezustannego zastrzyku surowca kumulującego energię. Surowce energetyczne, na przestrzeni kilku pokoleń tak dalece wdarły się do naszej rzeczywistości, że dziś kilkugodzinny deficyt pochodnej od nich energii, budzi konsternacje i niezadowolenie ogółu, zaś dłuższe niedobory to już zalążek do tarć na szerszą skalę. Jak bardzo owa zależność wkroczyła w życie codzienne rozlicznych społeczeństw, najlepiej zaświadcza przetransferowanie pojęcia głód, zarezerwowanego pierwotnie dla niedoboru żywności, na chroniczny niedosyt energii, czyli tzw. głód energetyczny. A, że nie jest to tylko kwestia samego nazewnictwa, przekonamy się porównując atencję i obawy jaką budzą w społeczeństwie i przekazie medialnym zagrożenia związane z rynkiem surowców i energii oraz konkretne przypadki masowego głodu jak np. ten w Nigrze w 2004 roku.
W świecie, gdzie konsumpcja surowców i energii pozostają złotym cielcem tam każdy przedłużający się brak w tej dziedzinie to rewolucja mogąca obalić wszystkie rządy. Dlatego bezpieczeństwo energetyczne pozostaje jednym ze sztandarowych haseł tzw. interesu narodowego i racji stanu – tajemniczych haseł, które już nie raz w dziejach usprawiedliwiały warunkową obojętność a nawet czyny niegodziwe. Zadaniem rządów krajów epoki przemysłowej i postindustrialnej pozostaje więc zapewnienie stałego dopływu surowca oraz energii i to możliwie w jak najniższej cenie. Proceder ten odbywa się często przy pominięciu moralnego oblicza kontrahenta oraz ofiar wegetujących w cieniu okazjonalnej transakcji. Tak było np. w roku 2006 kiedy ówczesny minister obrony narodowej w rządzie PiS, Radosław Sikorski, podpisał kontrakt na dozbrojenie armii indonezyjskiej w wysokości 100 milionów dolarów. Niemal nikt nie zaprotestował pomimo iż od lat 60-tych z rąk wojska i policji indonezyjskiej zginęło 100 tys. mieszkańców Papui Zachodniej a prześladowania w różnej formie trwają tam do dziś! Podobne transfery surowców i broni nadal pozostają codziennością na całym świecie a rządy i przedsiębiorstwa dopóki nie zostaną poddane moralnej krytyce zza peleryny respektują nawet najbardziej soczyste festiwale krwi i noża, pośrednio lub bezpośrednio biorąc w nich udział.
POSŁOWIE. ELEKTROWNIA ATOMOWA W POLSCE
Najbliższe lata staną się okresem intensywnej kampanii mającej zjednać idei atomizacji Polski jak największą rzeszę zwolenników. W największym stopniu marketingowi pro-atom zostaną poddani mieszkańcy powiatów pośrednio lub bezpośrednio związanych z miejscami, gdzie staną przyszłe elektrownie. Podczas jednego ze spotkań na ten temat w Czarnkowie (pow. czarnkowsko-trzianecki, gdzie przewidziano możliwość lokalizacji w Klempiczu) jeden ze zgromadzonych nawoływał aby z programem „TAK dla elektrowni” docierać nie tylko do szkół średnich i gimnazjów ale nawet do przedszkoli(!)
W ferworze dyskusji i public relations przedstawione powyżej problemy związane z wydobyciem uranu zostaną najprawdopodobniej pominięte.
Czy ktokolwiek wspomni o Tuaregach, czy ktokolwiek uroni łzę i postawi warunek bezwarunkowej lustracji miejsca skąd będzie importowany uran przeznaczony dla elektrowni w Polsce?
Nie są to pytania bezpodstawne, gdyż im negocjacje coraz bardziej przybliżają partnerstwo francuskie tym zwiększa się prawdopodobieństwo pośrednictwa z Paryża w imporcie nigerskiego uranu. Już dziś w opracowaniach dotyczących bezpieczeństwa energetycznego Polski pada nazwa „Areva”.
Tym co powinien uczynić człowiek sumienia to nie dołączenie do handlowej ruletki a upublicznienie czynu niegodziwego, począwszy od organizacji praw człowieka a skończywszy na strukturach NATO i dwustronnych stosunkach z odpowiednimi rządami. Taki obraz świata to jednak wciąż niespełniona utopia oddalająca się wraz obojętnością każdego z osobna, z machnięciem ręką i hasłami „… to nie moja sprawa…”, „… i tak nie mam na to wpływu…”.
W XVIII wieku wielu filozofów upatrywało w handlu nie tylko aortę przyszłego dobrobytu ale i mesjasza, który odmieni oblicze ludzkości. Guillaume Thomas Francois Raynal w uniesieniu tak oto rozpisywał się w tej kwestii: „Kto przekopał te kanały? Kto osuszył te równiny? Kto założył miasta? Kto zgromadził, odział, ucywilizował te ludy? I wtedy głosy ludzi światłych z tych krain odrzekły mi: Handel, handel!”
To jednak nie wielkie procesy dziejowe zmieniają oblicze świata, a wspólna wypadkowa postaw ludzkich, która na te procesy wpływa. Handel sam w sobie pozostaje tylko transakcją. Jakim on w istocie będzie zadecyduje sam człowiek i jego sumienie. Dziś po grubsza ponad dwóch stuleciach szybuję śladami Raynala nad kolejnymi krainami pytając: „Kto zniszczył te ziemię, kto rozlał tę krew? Kto zagnał te dzieci do kopalni i wyciął w pień zwierzęta? Kto zgwałcił te kobiety i wymordował ludne niegdyś wioski?. I wtedy głosy ludzi czułych z tych krain odrzekły mi: Człowiek, człowiek!”.
Bibliografia:
1. Adam Kajzer „Operacja w przepuklinie”, Miesięcznik „Znak”, wrzesień 2009)
2. Adam Rybiński „Tuaregowie z Sahary”, Dialog – Wydawnictwo Akademickie”, 1991
3. www..afryka.org
4. Maciej Konarski „Francuzi będą wydobywać nigerski Uran”, www.psz.pl
5. Damian Żuchowski „Papua Zachodnia/Udział Polski”
6. Filozofia Francuskiego Oświecenia, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1961
Polska będzie nuklearnym śmietnikiem?
UE ma plany, by odpady upchnąć właśnie u nas.
W dyskusji o tym, u kogo zbudować podziemne składowisko uczestniczy osiem państw zrzeszonych w European Repository Development Organisation (ERDO).
W maju, gdy ERDO zbierze się na kolejną sesję rozmów o budowie "bunkra", dowiemy się być może czy powstanie on w Polsce czy też w Holandii, Włoszech, Rumunii, Słowacji, Litwie, Słowenii czy Bułgarii - donosi "The Times".
Holandia już dziś ogłosiła, że nie stać ją na własne składowisko (kosztowałoby 2 mld euro) więc ciężar spadnie na wszystkich.
Z kolei Słowenia ma już u siebie jedno nuklearne śmietnisko. Mieszkańcy Vrbiny zgodzili się przyjąć je za 5 mln euro odszkodowania rocznie - dodaje dziennik.
Brytyjska gazeta spodziewa się, że stare paliwo z reaktorów trafi raczej do Europy Wschodniej niż na Zachód.
Ukryte pod ziemią, zatopione w betonie, pozostaje radioaktywne nawet i 100 tys. lat - przypomina "The Times".
Pomógł: 44 razy Wiek: 22 Dołączył: 09 Paź 2007 Posty: 2338 Skąd: Polska (wsch)
Wysłany: 2010-02-24, 18:16
Ostatnie info, tylko trochę szerzej.
Cytat:
Unijne odpady nuklearne będą składowane w Polsce?
22 lutego 2010
Wysoko radioaktywne odpady z elektrowni atomowych z krajów Unii mają być składowane w państwach Europy Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce. Projekt takiej inicjatywy ustala właśnie Organizacja Rozwoju Europejskiego Składowania - piszą Maciej Domagała, Barbara Stefańska.
Projekt takiej inicjatywy ustala właśnie Organizacja Rozwoju Europejskiego Składowania (ERDO), w skład której wchodzi wysłannik polskiego Ministerstwa Gospodarki. Jak dowiedział się brytyjski dziennik "The Times", Komisja Europejska do idei wspólnego składowiska odpadów radioaktywnych podchodzi przychylnie.
Negocjacje na temat lokalizacji składowiska oraz tras przewozu odpadów rozpoczną się już w maju. Jak przewidują eksperci, intensywne rozmowy będą się toczyć przez najbliższe dwa lata.
"Polska" dotarła do raportu SAPIERR II, przygotowanego przez unijnych ekspertów, w którym podkreśla się, że wspólne składowanie jest dużo tańsze od magazynowania odpadów indywidualnie przez każde państwo. Jeśli kraje grupy roboczej ERDO zdecydują się na stworzenie jednego bardzo dużego składowiska, oszczędności mogą wynieść nawet od 15 do 25 mld euro. Również budowa mniejszych ośrodków dla dwóch, trzech państw obniża koszty o kilka miliardów euro.
Materiały radioaktywne muszą być zabezpieczone i odizolowane od środowiska nawet przez sto tysięcy lat. Zdaniem ekspertów ich składowanie nie stanowi zagrożenia dla otoczenia, jednak sam przewóz odpadów z elektrowni wymaga zachowania szczególnych środków bezpieczeństwa. Niezbędne są nowoczesne, dobre i bezpieczne drogi. - Nie geologia, a brak infrastruktury niezbędnej do bezpiecznego transportu dużych ilości substancji radioaktywnych jest największym problemem - mówi prof. Mariusz Jędrysek, były wiceminister środowiska.
Jednak wraz z rozwojem energetyki atomowej, który jest jednym z priorytetów Unii, potrzeba będzie coraz więcej przestrzeni na przetrzymywanie odpadów. Autorzy raportu oceniają, że w 2040 r. taki obiekt musiałby zmieścić 25,6 ton zużytego paliwa jądrowego, 335 m sześc. szczególnie radioaktywnych materiałów i 31 tys. m sześc. materiałów niskoaktywnych.
Delikatną kwestią jest lokalizacja składowiska. Profesor Neil Chapman, który nadzoruje program projektowania wspólnych składowisk, uspokaja w rozmowie z "Polską", że po zakończeniu etapu rozmów ERDO zwróci się do gmin zainteresowanych budową instalacji. Dopiero kiedy pojawią się samorządy zachęcone możliwością rozwoju gospodarczego, organizacja przedstawi konkretne rozwiązania rządowi danego państwa. Gmina, która zgodzi się przyjmować odpady radioaktywne, może liczyć na dotacje co najmniej kilku milionów euro rocznie.
W Polsce naukowcy wskazują kilkanaście miejsc w woj. kujawsko-pomorskim i wielkopolskim, które spełniają kryteria lokalizacji składowisk: mają dobrą budowę geologiczną i warunki hydrologiczne.
- Istotne są też warunki społeczne. Najlepiej gdyby materiały radioaktywne były magazynowane na terenie o wysokiej stopie bezrobocia, gdyż budowa składowiska niesie ze sobą setki nowych miejsc pracy - mówi profesor Jerzy Niewodniczański, były prezes Państwowej Agencji Atomistyki.
Aby zbudować w Polsce składowisko, trzeba najpierw zmienić prawo, które dziś nie pozwala na import odpadów radioaktywnych, oraz pokonać lęk ludzi. Również polscy eurodeputowani z dystansem podchodzą do tego pomysłu.
Innego zdania jest część naukowców. - Jestem gotowy zamieszkać nawet za płotem składowiska - uspokaja prof. Stefan Chwaszczewski, wicedyrektor Instytutu Energii Atomowej.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach