już doniesienie do prokuratury na antyterrorystów, którzy skompromitowali się w Łodzi. W czwartkowej akcji, przeprowadzanej bladym świtem, pomylili numery mieszkań i użyli granatu ogłuszającego przeciwko dwóm bezbronnym kobietom. Zniszczyli drzwi wejściowe do ich mieszkania i zrobili pobudkę innym lokatorom kamienicy przy Legionów. Policja wszczęła już w tej sprawie wewnętrzne postępowanie wyjaśniające.
Zamiast do mieszkania 6c antyterroryści wtargnęli w czwartek rano do lokalu numer 6. Z korytarza jest wejście do kilku mieszkań. Specgrupa wpadła do pierwszego mieszkania z numerem 6.
Mieszkańców domu obudziło walenie do drzwi. Potem był dźwięk tłuczonego szkła, a po ułamku sekund już dobijali się do moich drzwi - wspomina pani Małgorzata, która została zaatakowana przez policyjną specgrupę. Najgorszy był huk granatu. Chyba przez 5 minut nie słyszałam, co do mnie mówi jeden z policjantów. Jestem chora na serce, a to waliło mi tak, że myślałam, iż wyskoczy z piersi. Moja 16-letnia córka, która bała się, że coś mi się stanie, wbiegła do kuchni tuż po wybuchu granatu. Odłamkami ma poranione, poparzone stopy - dodaje zbulwersowana kobieta.
pani Małgorzaty też nie wiedział, co się dzieje. Na myśl przyszły mu sceny z amerykańskich filmów. Był hałas i zaraz na korytarzu oraz przed kamienicą zaroiło się od mężczyzn w kamizelkach kuloodpornych, z bronią i w czarnych kominiarkach - opisuje.
ReklamaPani Małgorzata już zawiadomiła prokuraturę. Będzie też starała się o odszkodowanie od policji za zniszczenia spowodowane przez antyterrorystów oraz za straty moralne. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że policjanci nie wytłumaczyli swojej pomyłki, ani też za nią nie przeprosili. Usłyszałam tylko od jednego z panów, że gorsze pomyłki się zdarzają - opowiada pani Małgorzata. Czyli co, mogliby mnie zabić? - pyta.
Takiego upokorzenia się nie spodziewała. Młoda kobieta "za karę" musiała biegać wokół radiowozu, przy głośnym rechocie strażników miejskich. Dlaczego? Gdańscy mundurowi zatrzymali ją w parku, bo pies, z którym spacerowała, nie miał kagańca. Zamiast pouczenia, dostała karę - do wykonania na miejscu.
- W samo południe 4 marca, w parku Reagana w pasie nadmorskim, widziałem na własne oczy, jak dwóch funkcjonariuszy Straży Miejskiej kazało młodej kobiecie biegać wokół radiowozu. Słychać było głośny rechot strażników, którzy mieli ubaw ze zestresowanej obywatelki - opowiada dr hab. Kazimierz Puchowski, profesor Uniwersytetu Gdańskiego, który akurat przechadzał się równoległą ścieżką.
Już po drodze kilka osób mówiło mu, żeby miał się na baczności i w żadnym wypadku nie spuszczał psa ze smyczy, bo w parku dzieją się dziwne rzeczy. - Straż robi sobie żarty z właścicieli czworonogów - ostrzegali spacerowicze. Gdy zobaczył, że wokół radiowozu biega kobieta, aż przetarł oczy ze zdumienia.
Mężczyzna opowiada, że wiele razy widział, jak w tej samej okolicy strażnicy miejscy robili polowania na Bogu ducha winnych spacerowiczów - głównie osoby starsze.
Leszek Walczak, komendant Straży Miejskiej, naszym czwartkowym sygnałem o tym, co wydarzyło się w parku Reagana, był zaskoczony i zszokowany. - Nie mieści mi się to w głowie! Tego typu zachowania są niedopuszczalne i nie będą akceptowane. Od razu zaczynam wyjaśniać wszelkie okoliczności zdarzenia. Jeśli potwierdzi się podana przez świadka wersja, będą kary. Takich ludzi u siebie nie chcemy - przekonuje Walczak.
Komendant zaznacza, że strażnicy patrolujący park Reagana przekroczyli swoje uprawnienia.
- Nie mieli prawa postąpić w ten sposób. Powinni pouczyć kobietę. Zrobię wszystko, co mogę, by ponieśli za to odpowiednie konsekwencje dyscyplinarne, z wydaleniem ze służby włącznie - zapewnia Walczak i dodaje, że to, co się stało, godzi w wizerunek wszystkich pracowników gdańskiej straży. - Nie jest to miłe ani dla mnie, ani dla całej instytucji. Dlatego nawet jeśli będzie nas to dużo kosztowało, nie zamierzamy sprawy zamiatać pod dywan - dodaje.
Strażnicy miejscy, którzy pełnili opisywaną służbę, mają opinię spokojnych. Komendant sprawdza teraz, czy wcześniej były na nich skargi, a poszkodowaną prosi o kontakt. Do tematu wrócimy.
Majkel Pomógł: 14 razy Wiek: 20 Dołączył: 29 Mar 2009 Posty: 509
Wysłany: 2010-03-13, 23:46
Uogólniacie panowie ;) Nie można wszystkich wrzucać do jednego wora,wiadomo w policji są i ogarnięci ludzie,a są i śmiecie - miałem z takimi do czynienia ;) A co do Straży miejskiej to rzeczywiście powoli są już jak policja...Za drogówkę robią,mandaty wlepiają,straży nie trawie chociaż nie miałem z nią wiele do czynienia.
_________________ BABILON PŁONIE-CZAS ODEBRAĆ KORONE BESTIA NA TRONIE KRWIĄ SPLAMIONE DŁONIE TARCZĄ MOJ BÓG MÓJ POCZĄTEK I KONIEC
Andrzej Malinowski z podgrudziądzkich Mędrzyc (kujawsko-pomorskie) przesiedział w więzieniu 15 dni, mimo że był niewinny. Pomylili się toruńscy policjanci i sąd rejonowy, który skazał mężczyznę za kradzież.
Andrzej Malinowski trafił do więzienia w Grudziądzu w czerwcu 2009 roku. Stało się tak, ponieważ kilka lat temu prawdziwy złodziej, który wpadł w ręce toruńskich policjantów, podał dane personalne mieszkańca Mędrzyc.
Udowodnił on, że w czasie, gdy doszło do kradzieży, przebywał w Gdańsku. Nie wyklucza, że złodziejem był ktoś z jego znajomych, skoro tak dobrze znał jego dane.
- Tego, co spotkało mnie za więziennym murem, nie życzyłbym najgorszemu wrogowi.
Traktowany byłem "normalnie" czyli jak zwykły śmieć - wspomina Malinowski.
Andrzej Malinowski, który niesprawiedliwie trafił do więzienia, powiedział, że jest zawiedziony działaniami wymiaru sprawiedliwości i zamierza wystąpić o zadośćuczynienie.
Komendant wojewódzki policji zdecydował, że funkcjonariusze wydziału kontroli mają zbadać sprawę. Rzeczniczka kujawsko-pomorskiej policji Monika Chlebicz powiedziała, że kwestią zasadniczą jest ustalenie, na jakiej podstawie funkcjonariusze potwierdzili tożsamość osoby zatrzymanej na kradzieży.
3 marca toruński sąd okręgowy oczyścił Andrzeja Malinowskiego z zarzutów. Tymczasem prawdziwy złodziej jest nadal na wolności.
Wiesław S. jadąc pod wpływem alkoholu spowodował wypadek, w którym zginęła 19-letnia dziewczyna. Mężczyzna miał już dwa wyroki za prowadzenie po pijanemu, mimo to siadał za kółko. Mieszkańcy miejscowości, z której pochodzi twierdzą, że policja przymykała na to oko. Ta stanowczo zaprzecza, ale komenda wojewódzka w Olsztynie wszczęła postępowanie wyjaśniające.
Czy policja z Zalewa miała niepisany układ z kierowcą-pijakiem recydywistą sprawdzał reporter "Prosto z Polski" TVN24.
Wiesław S. z Zalewa (warmińsko-mazurskie) wypadek spowodował po pijanemu. Swoim mercedesem wpadł w poślizg i uderzył w jadącego z naprzeciwka malucha. Prowadząca samochód niespełna 20-letnia Estera Zagaj nie miała szans.
Mężczyzna usłyszał od prokuratora dwa zarzuty. - Jeden zarzut to jest spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, a drugi to jest jazda w stanie nietrzeźwości - mówi prokurator rejonowy w Iławie Jan Wierzbicki. Wiesław S. został też tymczasowo aresztowany.
Układ z policją?
Jednak rodzina największy żal ma nie do pijanego kierowcy, ale do policji, która z przymrużeniem oka miała patrzyć na pijackie rajdy. Matka zabitej twierdzi, że Wiesław S. miał przyzwolenie na prowadzenie samochodu. Mimo tego, że stracił prawo jazdy za jazdę pod wpływem alkoholu.
O tym, że Wiesław S. jeździ po alkoholu wiedziało wielu mieszkańców Zalewa. Ale nikt nie chce o tym głośno mówić. Oprócz... matki kierowcy-recydywisty. - Upominaliśmy go w domu: chcesz se wypić, wypij se w domu, nie wsiadaj do samochodu, mówi, dodając jednocześnie, że kary wymierzane mu za jazdę po alkoholu były za niskie.
Reporterowi TVN24 udało się też dotrzeć do mieszkańca, który anonimowo mówi o niepisanym układzie między Wiesławem S. a dzielnicowym z Zalewa. - Ten człowiek dzwonił do policjantów i jeśli akurat odpowiedni zestaw był na patrolu, to wiedział, że jest bezpieczny i może jechać - opowiada.
Wiara w to, że specjalna ustawa zmieni coś na lepsze to myślenie magiczne. Przecież i teraz nadużycie uprawnień i niedopełnienie obowiązków jest przestępstwem (art 231§ 1 i 2kk). Problem w tym, że prokuratury standardowo odmawiają wszczęcia śledztw w takich sprawach i w 100% wierzą wyjaśnieniom policjantów i urzędników. Przecież takie przestępstwa psułyby statystykę. Ukarany funkcjonariusz traciłby pracę a w przypadku Policjanta czy sędziego specjalne uprawnienia emerytalne. Byłaby to bardzo dolegliwa kara-po skazaniu na pewno nie miałby też zbyt różowo na rynku pracy. Poszkodowani mogliby się domagać odszkodowań w sensie prawa cywilnego.
Brak rzetelnych śledztw to prawdziwa przyczyna zła. Dlatego bandyci w mundurach i za biurkiem czują się bezkarnie.
Jeśli ktoś nie wierzy to sypnę kilkoma przykładami przegranych przez Polski rząd spraw w Strasburgu:
Dzwonkowski przeciwko Polsce – policjanci złamali w radiowozie szczękę facetowi, który miał założone z tyłu kajdanki. Polski rząd przegrał w Strasburgu ale czy myślicie, że ci policjanci zostali zwolnieni dyscyplinarnie albo skazani choćby na symboliczne pół roku w zawieszeniu? Nic o tym nie słyszałem – pewnie dalej pełnią służbę albo już dosłużyli się wcześniejszej emerytury. Specjalnie napisałem policjanci z małej litery- dla mnie ci dwaj są zwyczajnymi bandziorami w mundurach (wg mnie oczywiste jest, że popełnili co najmniej dwa przestępstwa -nadużycie uprawnień art. 231 § 1kk i składanie fałszywych zeznań art. 233 § 1) jeśli uważają, że tym stwierdzeniem naruszyłem ich dobra osobiste to czekam na pozew.
Oczywiście wszystkie instancje w Polsce (prokuratury i sądy wszystkich szczebli zrobiły wszystko, żeby uniewinnić policjantów a pobitego obywatela potraktować jak szmatę i zniszczyć jego wiarygodność jako świadka i poszkodowaną stronę w sprawie – skazano go za czynną napaść na funkcjonariusza.
Kałucki przeciwko Polsce – zacytuję dwa fragmenty z “Wyborczej”:
“Jechali z szybkością ok. 20 km na godzinę. Policjanci oddali do nich w ciągu 15 sekund 40 strzałów. Twierdzili, że strzelali w opony, ale żadna nie była uszkodzona. Za to dwaj uciekinierzy zostali ranni. Jeden z nich – Kałucki – miał pięć ran postrzałowych. Zmarł, zanim przyjechała karetka pogotowia.”
“I uznał skargę za uzasadnioną. Stwierdził, że policjanci nie strzelali w obronie własnej, bo ostrzelali samochód, gdy minął już funkcjonariuszy i nic nie zagrażało ich życiu. Do tego nie strzelali w opony, co wystarczyłoby do udaremnienia ucieczki.”
Oczywiście wszystkie instancje w Polsce uznały, że tłumaczenia policjantów są wiarygodne. Rodzina dostanie odszkodowanie. Zobaczymy czy policjanci poniosą jakąś odpowiedzialność dyscyplinarną oraz karną (powiedzmy, że nie za zabójstwo ale za nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka jeśli “niemundurowy” obywatel rozjedzie po pijaku kogoś na śmierć to wyrok i to surowy ma jak w banku. Dlaczego policjant nie miałby odpowiadać za “przypadkowe” zastrzelenie.
Podobnych choć mniej drastycznych przypadków jest takie multum, że podam tylko jeden: urzędnicy skarbowi versus pan Kluska
Domagajmy się stosowania prawa, które już jest. Nie dajmy się okłamywać, że spec-ustawy coś zmienią. Wystarczy przestać traktować funkcjonariuszy publicznych jak święte krowy – gdy poczują, że prawo wobec nich też obowiązuje ten kraj zmieni się na lepsze. Takiej zmiany nie da się osiągnąć przez ustawę czy nawet pakiet ustaw musi zmienić się mentalność prokuratorów, sędziów, którzy w takich sprawach rozstrzygają wydawałoby się zrozumienie prostej prawdy, że funkcjonariusz publiczny jest człowiekiem i może popełniać przestępstwa jak każdy inny nie jest zbyt trudne ale praktyka działania wielu organów w Polsce temu przeczy. Często funkcjonariusz bywa nawet zdolny do poważnych przestępstw, żeby ukryć swoje nadużycia i za wszelką cenę pozostać niekaranym.
Wydawałoby się, że podobne przemyślenia nie są tajemnicą dla średnio rozgarniętego studenta prawa – to jednak tylko teoria – kiedy czytamy niektóre wyroki czy decyzje administracyjne to z trudem przychodzi uwierzyć, że wydają je osoby z wyższym wykształceniem(częsty wymóg sprawowania funkcji w administracji) magistrzy prawa a nawet osoby z ukończonymi aplikacjami czy nawet doktoratami.
Oczywiście gdyby nie było atmosfery przyzwolenia na takie działania funkcjonariuszy publicznych (czy to w mundurach czy za biurkiem czy w setkach innych miejsc) to funkcjonariusze szybko przestawiliby się na realną praworządność na razie prawo zaczyna obowiązywać gdy przyjedzie TVN lub sprawą zainteresuje się “Wyborcza” ale czasami i to nie wystarcza. Zobaczymy jak potoczy się sprawa usunięcia macicy ubogiej kobiecie spod Wronek przez lekarzy z publicznego szpitala. Linia obrony lekarzy jest zresztą ciekawa – zapewne ta kobieta zmarłaby przy następnym porodzie, ale to jej wybór a nie lekarzy.
Oczywiście też zoologiczne przypadki agresji takie jak zadźganie w biały dzień policjanta w środku Warszawy muszą być surowo karane a uczciwi policjanci zasługują na ochronę jak każdy obywatel.
Brutalny napad w Leńczach (powiat wadowicki). Pracownicy budowlani napadli na swojego szefa. Pobili go, zamknęli, grozili podpaleniem, okradli i uszkodzili samochód, po czym odjechali w siną dal. Wadowicka policja właśnie zatrzymała jednego z trzech sprawców zdarzenia.
49-letni mieszkaniec Krakowa w Leńczach buduje dom. Przy budowie pracowało u niego trzech młodych mężczyzn. Wykonywali drobne prace budowlane.
Gdy ostatnim razem krakowianin przyjechał na plac budowy, nie miał dobrych wiadomości. Nie przywiózł ze sobą pieniędzy na wypłatę. Niecierpliwym robotnikom taki obrót sprawy się nie spodobał. Rzucili robotę i odjechali. Po pewnym czasie jednak wrócili.
- Sprawcy usiłowali wyłudzić zapłatę za wcześniej wykonywaną pracę - informuje Elżbieta Goleniowska-Warchał, rzecznik prasowy wadowickiej komendy policji.
Robotnicy nie przebierali w środkach przymusu, by natychmiast otrzymać zapracowane pieniądze. Najpierw zamknęli swojego pracodawcę w jednym z pomieszczeń budowanego domu, potem go pobili i grozili podpaleniem posiadłości. Groźby nie pomogły. Sprawcy przeszukali plac budowy i ukradli to, co dało się wynieść, czyli różne narzędzia i głośnik samochodowy. Na koniec, odjeżdżając z łupem, skopali samochód swojej ofiary.
Wadowicka policja zatrzymała jednego ze sprawców. Jest nim 24-latek z Krakowa. Przedstawiono mu zarzut wymuszenia zwrotu wierzytelności, pozbawienia wolności, kradzież elektronarzędzi i głośnika samochodowego oraz uszkodzenia samochodu. Za każdy z tych zarzutów grozi od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.
gazetakrakowska.pl
Zwracam uwage na użyty zwrot usiłowali wyłudzić w odniesieniu do tego, co się legalnie należało chłopakom.
Zwracam uwage na użyty zwrot usiłowali wyłudzić w odniesieniu do tego, co się legalnie należało chłopakom.
W sumie im się nie dziwie bo jak pracodawca taki ... to mu pokazali co i jak i zasłużył. Ale sami sobie przez to kłopotów narobili. A kasy jak nie mieli tak nie mają. Więc to nie było najlepsze posuniecie z ich strony.
_________________ Nieważne jak mocno bijesz, ale jak dużo jesteś w stanie znieść i nadal iść do przodu. Tak powstaje zwycięzca. Jeśli wiesz na co cię stać, rób to, na co cię stać. Ale musisz być gotowy na ciosy
Pomógł: 44 razy Wiek: 22 Dołączył: 09 Paź 2007 Posty: 2338 Skąd: Polska (wsch)
Wysłany: 2010-04-30, 19:55
yaol90 napisał/a:
W sumie im się nie dziwie bo jak pracodawca taki ... to mu pokazali co i jak i zasłużył.
Niby racja, ale jak sam zauwazyles, sposob negocjacji do przednich nie nalezal.
Jak moj (juz byly na szczescie) szefo poinformowal mnie ze mi upitoli prawie pol wyplaty to mu zasugerowalem ze "ta instalacja nie wglada najlepiej... jak sie kiedys zewrze to bedzie niezle sie hajcowac bedzie". Nic nie powiedzial, ale wyplate calusienka dostalem. Ch*j, ze nastepna byla juz ostatnia
W sumei ten sposob genialny tez nie byl, ale bynajmniej skuteczny;P
_________________ "Są ludy, co dojrzały do śmierci z rąk ludów niedojrzałych do życia" - J. Kaczmarski
Kolejny absurd na polskich drogach. Mieszkaniec Piekar Śląskich stracił prawo jazdy po tym, jak policja stwierdziła o niego 0,75 promila w wydychanym powietrzu. Jaki problem? Kierowca nie prowadził po alkoholu, kwadrans przed kontrolą drogową umył zęby, a usta przepłukał płynem – podaje TVS.
Przeprowadzone zaraz potem dwa następne badania pokazały, że kierowca jest całkowicie trzeźwy. Policjanci nie dali jednak za wygraną. Kierowcy zabrali prawo jazdy, a próbkę krwi skierowali do laboratorium.
Jeżeli wyniki badań okażą się negatywne, mieszkaniec Piekar Śląskich dostanie prawo jazdy z powrotem. Po miesiącu, bo tyle trzeba czekać na wyniki badań laboratoryjnych.
Krzysztof Zawała, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach broni decyzji policjantów.
Policjanci postąpili profesjonalnie. Mają obowiązek zatrzymać prawo jazdy w sytuacji, kiedy istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa – mówi Krzysztof Zawała.
Wątpliwości co do decyzji kolegów mają za to inni policjanci. Adam Jachimczak z katowickiej KWP podkreśla, że jeżeli stężenie alkoholu po kilkunastu minutach spada do poziomu dopuszczalnego, kierowca nie ponosi konsekwencji.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach