Jest wczesny ranek w czwartek 9 marca. Ogłupiani słuchacze włączają radia by usłyszeć w wiadomościach z Aten czującego się ewidentnie niekomfortowo rzecznika policji. Zresztą, jakby mógł czuć się inaczej? Musi wyjaśnić dość kłopotliwy incydent: kilka dni wcześniej, 5 marca, policja użyła z bliska gazu łzawiącego wobec Manolisa Glezosa, który starał się zapobiec brutalnemu aresztowaniu młodego człowieka (foto http://athens.indymedia.o...icle_id=1139832 ). Glezos ma dziś 88 lat; blisko 70 lat temu, 30 maja 1941 roku w okupowanych przez nazistów Atenach on i Apostolos Santas dostali się na Akropol i zerwali z niego flagę ze swastyką, za co zostali aresztowani i byli blisko rok torturowani.
Próbując uzasadnić działania policji i pokazać, że wszystko musi pozostać pod kontrolą za wszelką cenę, rzecznik wygłosił wiele mówiące oświadczenie: "jeśli lokalna policja nie wypełni swoich zadań" - stwierdził - "Unia Europejska i grecki rząd są gotowe wysłać 7 tysięcy funkcjonariuszy europejskich sił policyjnych, by zwalczać to, co wygląda jak nadchodząca rewolta". "Wyobraźcie sobie!" - dodał - "jak byście się czuli, gdyby obcy policjant bił was na ulicach Aten?". Zabawne pytanie. Można by pomyśleć, że policyjne pałowanie odczuwa się różnie w zależności od paszportu, jaki się posiada.
Niezależnie od tego, czy jego stanowisko było przejęzyczeniem, czy też nie, z pewnością niesie z sobą ważną informację: ponadnarodowe policyjne siły, Europejskie Siły Żandarmeryjne (EGF) już istanieją i są przygotowane by podjąć działania na prośbę lokalnych rządów (statewatch.org). Grecki rząd odmówił nawet udzielania odpowiedzi w tej sprawie w parlamencie. Nie wydaje mi się, by Manolis Glezos spodziewał się zobaczyć jeszcze kiedyś niemieckich funkcjonariuszy na ulicach Aten w ciągu swojego życia. Chociaż jeżeli będą używać gazu tak jak greccy gliniarze i tak nie będzie nic widać...
Strajki generalne są bardziej powszechne w Grecji niż w większości krajów europejskich - ale wciąż mają miejsce w liczbie jednego lub dwóch rocznie - a nie miesięcznie. Czwartkowy strajk generalny jest trzecim (2 pełne i jeden pół-dniowy) w ciągu kilku ostatnich tygodni. Ulica Panepistimiou, często uczęszczana przez demonstrantów i jedna z głównych arterii Aten jest od tygodnia zamknięta przez strajkującą załogę Olympic Air; 10 marca prokurator generalny rozkazał policji rozpędzić tłum około 2 tysięcy osób, które się na niej zebrały.
Oficjalna drukarnia państwa Greckiego (gdzie drukowane są ustawy mające wejść w życie) jest obecnie okupowana przez pracowników w proteście przeciw nowo wprowadzonemu planowi oszczędnościowemu. Główne biuro rachunkowe (to, które jest odpowiedzialne za monitorowanie skutków planu oszczędnościowego) również jest okupowane. W małym północnym miasteczku Komotini ludzie zatrudnieni w upadającej firmie ruszyli wprost do źródła i zajęli dwa główne oddziały bankowe w mieście.
Grudniowa rewolta był silnym sygnałem ostrzegawczym. "Pokolenie 700 euro" (w kraju, gdzie ceny zbliżone są do Wielkiej Brytanii) miała wszelkie powody do buntu. Śmierć 15-letniego chłopca? Całe dnie walk i płomieni ogarniające miasta. "Plan oszczędnościowy" cofający prawa pracownicze o kilkadziesiąt lat wstecz; poważne cięcia płac, wzrost VAT-u, wstrzymanie emerytur...
Jest środa, 10 marca - wigilia trzeciego z ostatnich strajków w Grecji. "Naprawdę nie zarabiam na tyle dużo, żeby wziąć taksówkę na jutrzejszą demonstrację" - pisze komentator na ateńskich Indymediach - "A nie ma transportu publicznego, gdy wszyscy uczestniczą w strajku. I dobrze. Jedziemy dziś w nocy i zatrzymujemy się u przyjaciół. A benzyny użyjemy, by oczyścić ulice, to będzie nasz mały dar dla bandytów z policyjnych sił Delta Force." Gniew na ateńskich ulicach narasta i wielu spodziewa się ujrzeć zalew międzynarodowych sił zajmujących miasto. Narodowe, czy międzynarodowe, następnym razem Manolis Glezos weźmie ze sobą siły ochronne i z pewnością nie będzie sam.
Mimo szumnej "debaty" z Internautami ws. cenzury Internetu, rząd Donalda Tuska nadal chce, aby blokowane były "niedozwolone" strony internetowe.
Wiceminister finansów Jacek Kapica przesłał do Rządowego Centrum Legislacji list w którym prosi o przygotowanie odpowiedniej regulacji prawnej. W założeniach ministerstwa czytamy, że ma zostać wprowadzony do skarbowego kodeksu karnego możliwość nakazu blokowania adresu "niedozwolonej" strony internetowej. Z treścią listu można zapoznać się tutaj http://www.mf.gov.pl/_fil..._0803_2010r.pdf .
Zdaniem rządu "kompromis" z Internautami ma polegać na tym, że decyzję o blokadzie nie będzie podejmował urzędnik, ale sąd.
cia.bzzz.net
Cytat:
Władze londyńskiego lotniska Gatwick przeprosiły brytyjskiego pasażera, który miał kłopoty z powodu koszulki z napisem "Wolność albo śmierć". Służby bezpieczeństwa kazały mu ją przewrócić na lewą stronę, gdyż - jak twierdziły - napis zawierał groźbę.
Lloyd Berks został zatrzymany przez lotniskowe służby bezpieczeństwa, gdy wyjeżdżał wraz z rodziną na zimowe wakacje do Austrii na narty. - Gdy zbliżyłem się do bramki z wykrywaczem metalu, kazali mi zdjąć buty, a potem przeglądali mój portfel. Wreszcie kazano mi przewrócić na lewą stronę mój T-shirt. Jeden z pracowników służb bezpieczeństwa powiedział mi, że niektóre linie lotnicze źle reagują na koszulkę, jaką noszę, gdyż napis na niej ma charakter pogróżek. Na początku myślałem, że to żarty. Koszulka jest turecka, koloru białego, a napis był dość mały - opowiedział dziennikowi "Daily Telegraph" swą przygodę.
Brytyjczykowi pozwolono odlecieć, jednak pod warunkiem, że koszulkę przykryje swetrem.
Rzecznik prasowy lotniska Gatwick wyraził ubolewanie i przeprosił za incydent. Wyjaśnił, że "bezpieczeństwo pasażerów jest priorytetem", a do zdarzenia doszło z powodu "nadgorliwości" pracownika.
Władze londyńskiego lotniska Gatwick przeprosiły brytyjskiego pasażera, który miał kłopoty z powodu koszulki z napisem "Wolność albo śmierć". Służby bezpieczeństwa kazały mu ją przewrócić na lewą stronę, gdyż - jak twierdziły - napis zawierał groźbę.
Koszmar. To przez to, że ludzie wierzą w terroryzm, który tak naprawdę nie istnieje.
Wojna stop!
Pomógł: 28 razy Wiek: 17 Dołączył: 07 Mar 2009 Posty: 1134
Wysłany: 2010-03-17, 14:28
Cytat:
Dwoje indyjskich pracowników linii lotniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich trafiło do więzienia z powodu erotycznej rozmowy SMS-owej - informuje dziennik "National".
42-letnia stewardesa i 47-letni szef personelu pokładowego zostali w pierwszej instancji skazani za "przymuszanie do popełnienia grzechu" na 6 miesięcy więzienia, a następnie deportację przez sąd w Dubaju, ale sąd apelacyjny obniżył wyrok do 3 miesięcy więzienia, odstępując od deportacji.
Sąd uznał, że nie ma dowodów uzasadniających skazanie sprawców za romans, co zarzucał im mąż kobiety. Właśnie jego pozew doprowadził do postawienia pary przed sądem.
25-letnia siostra kobiety została uznana za winną krzywoprzysięstwa i skazana na 3 miesiące więzienia. Twierdziła, że to ona wysłała frywolne SMS-y. Także oskarżony mężczyzna utrzymywał, że od 4 lat spotykał się z młodszą siostrą stewardesy. Sąd nie dał jednak wiary ich zapewnieniom.
Specjalizująca się w ujawnianiu przecieków witryna Wikileaks.org opublikowała 32-stronicowy raport amerykańskiej armii, w którym szczegółowo opisano plany zniszczenia serwisu. Dokument zatytułowano "Wikileaks.org - webowy punkt odniesienia dla obcych wywiadów, rebeliantów i terrorystów?".
Wikileaks nazwano zagrożeniem dla amerykańskiej armii. Stwierdzono, że witryna publikuje poufne informacje, które mogą być wykorzystywane podczas ataków na personel wojskowy USA. Wyrażono obawy, że niektórzy pracownicy Departamentu Obrony czy innych pionów administracji ujawniają za pośrednictwem Wikileaks tajemnice państwowe. W celu powstrzymania ich autorzy raportu zalecają zorganizowanie zakrojonej na szeroką skalę kampanii, której celem byłoby wytropienie i ukaranie nielojalnych urzędników. Winnym groziłoby zwolnienie z pracy, a nawet wsadzenie do więzienia. W dokumencie pada sugestia, że skutkiem ujawnienia źródeł Wikileaks będzie utrata zaufania do witryny.
Autorzy analizy sugerują, że Wikileaks mogłoby zostać wykorzystane jako źródło informacji dla obcych wywiadów i terrorystów. Obawiają się również, że serwis stanie się w przyszłości nośnikiem dezinformacji czy propagandy. Ta, ze względu na renomę strony, będzie miała z kolei duży wpływ na opinię publiczną w krajach zachodnich.
Warto podkreślić, że prawdziwość dokumentu nadal nie została zweryfikowana. Ani Wikileaks, ani Departament Obrony nie skomentowały sprawy. Wikileaks uchodzi jednak za wiarygodne źródło - nagrodzona między innymi przez Amnesty International witryna raczej nie opublikowałaby raportu z niepewnego źródła.
Fundacja Electronic Frontier Foundation opublikowała instrukcje przeznaczone dla pracowników amerykańskich agencji federalnych, które opisują sposoby zdobywania informacji za pomocą serwisów społecznościowych. Instrukcja pochodzi od Urzędu Skarbowego (IRS) i Wydziału Kryminalnego Departamentu Sprawiedliwości. Dostęp do tych dokumentów uzyskano na podstawie Ustawy o dostępie do informacji (Freedom of Information Act) w wyniku sprawy sądowej.
Jednym z ciekawszych dokumentów jest instrukcja z 2009 r. http://www.eff.org/files/...ning_course.pdf przeznaczona dla urzędników skarbowych. Wskazuje ona, jak korzystać z narzędzi takich, jak Google Street View, by śledzić podatników. Na pozytywną wzmiankę zasługują zastrzeżenia dotyczące zakazu podszywania się pod inne osoby i tworzenia fałszywych kont w celu zdobycia informacji. Jednak agencja US Marshalls i biuro Tytoniu, Alkoholu i Broni Palnej nie wprowadziły takich ograniczeń i nie na pytanie Electronic Frontier Foundation o dokumenty opisujące politykę dostępu do prywatnych informacji obywateli nie potrafiły podać żadnych wewnętrznych regulacji dotyczących tej kwestii.
Departament Sprawiedliwości opublikował instrukcję zatytułowaną „Zdobywanie informacji z sieci społecznościowych” http://www.eff.org/files/...lnetworking.pdf W prezentacji mowa jest o polityce prywatności i retencji danych szeregu firm. Facebook jest szczególnie wyróżniony, jako „firma, która szczególnie dobrze współpracuje w sytuacji próśb o udostępnienie informacji”. Za to Twitter jest krytykowany za „zbyt krótki czas retencji danych” i odmowę zachowywania danych bez nakazu sądowego.
W dokumencie mowa o wykorzystaniu danych z Twittera by sprawdzić alibi podejrzanych, oraz przeglądaniu zdjęć z Flickr na których użytkownicy chwalą się swoimi wyjątkowo kosztownymi zakupami – co może sprawić, że staną się podejrzanymi o większe kradzieże.
Organizacja Knowledge Ecology International poinformowała o uzyskaniu dostępu do kolejnych sekcji opracowywanego w tajemnicy porozumienia ACTA. Można w nich znaleźć informacje o powołaniu organu administracyjnego, w którym zasiadać będą reprezentanci państw członkowskich (i nie tylko), a który będzie mógł ad hoc przeprowadzać rozmaite działania w celu ochrony własności intelektualnej.
Powołanie nowego ciała administracyjnego omówione jest w dziesięciostronicowym Rozdziale Piątym porozumienia. Według przedstawionych tam zapisów będzie mogło administrować, wdrażać i modyfikować ACTA, samo zaś porozumienie ma uzyskać rolę porównywalną, jeśli nie ważniejszą, niż obecnie istniejące organizacje, takie jak WIPO (Światowa Organizacja Własności Intelektualnej) czy WTO (Światowa Organizacja Handlu).
Nowe ciało zarządzające określane jest, w zależności od wersji dokumentu, jako „Oversight Committee” lub „Steering Committee”. Może ono gromadzić przedstawicieli wszystkich państw członkowskich (na podobieństwo Zgromadzenia Ogólnego WIPO), lub jedynie wybranych reprezentantów (jak to jest np. w wypadku Rady Dyrektorów WHO). W każdym jednak razie uzyskuje ono szereg uprawnień, wykraczających poza dotychczasowe, regulowane przez rządy państw zapisy.
Ten naczelny organ administracyjny ACTA będzie mógł m.in. tworzyć w zależności od potrzeb nowe grupy robocze i zespoły eksperckie do realizacji rozmaitych celów, czy zapraszać do uczestnictwa instytucje międzynarodowe działające na polu ochrony własności intelektualnej oraz pozarządowe organizacje właścicieli praw autorskich. Jednocześnie Knowledge Ecology Institute donosi (choć nie podaje źródeł), że amerykańscy negocjatorzy ACTA zamierzają zmarginalizować rolę organizacji konsumenckich w powstającym organie administracyjnym.
Komitet zarządzający ACTA miałby spotykać się regularnie w Genewie, oraz podczas specjalnych sesji. Nie ma na razie zgody wśród stron ACTA, jakie powiązania miałby mieć z innymi organizacjami międzynarodowymi.
Spośród ujawnionych przez KEI zapisów, interesująco wyglądają też stwierdzenia z Rozdziału Trzeciego. Mowa tam o „roli ACTA w budowaniu zasobów i technicznej pomocy” dla wzmocnienia ochrony własności intelektualnej, ze szczególnym uwzględnieniem krajów rozwijających się. Zapewniające „pomoc techniczną” w tym działaniu strony porozumienia będą mogły realizować swoje zobowiązania we współpracy z firmami i instytucjami międzynarodowymi.
Jako „pomoc techniczną” określono tu „integrowanie antyhakerskich i antyfałszerskich działań z narodowymi strategiami rozwoju”, co ma pomóc krajom rozwijającym się w „harmonizowaniu ich praw, aby wypełniły swoje swoje członkowskie prawa i obowiązki”.
Wygląda zatem na to, że na mocy ACTA możliwe byłoby używanie sił policyjnych i porządkowych mocarstw do zwalczania pirackiej i fałszerskiej działalności w krajach Trzeciego Świata. Precedens już jest – znane są działania amerykańskiej Drug Enforcement Agency w Kolumbii, gdzie agenci DEA wspomagają lokalny rząd w walce z uprawiającymi kokainę rolnikami.
webhosting.pl
Cytat:
Associated Press przeprowadziła audyty stosowania Ustawy o dostępie do informacji publicznych przez administrację prezydenta Obamy. Jak się okazało, rok po objęciu władzy, nowa administracja częściej odmawia dostępu do informacji publicznych, niż administracja prezydenta Busha.
Najczęściej stosowany jest argument o „nieujawnianiu sposobu w jaki rząd podejmuje decyzje”, który ma uzasadniać odmowę przekazania informacji publicznych. Według AP, w 2009 r. agencje rządowe użyły tego argumentu przynajmniej 70779 razy by odmówić dostępu do informacji publicznych. Dla porównania, administracja Busha użyła tego argumentu 47395 razy podczas ostatniego pełnego roku swojego urzędowania. Warto zauważyć, że administracja Obamy rządziła tylko przez 9 miesięcy w 2009 r., a dane dotyczące administracji Busha dotyczą pełnych 12 miesięcy.
Podczas kampanii wyborczej, Obama obiecywał: "moja administracja będzie dążyć do niespotykanego do tej pory poziomu jawności". W pewnym sensie, obietnica została spełniona: poziom jawności stał się niski jak nigdy dotąd.
Jak donosi “Guardian”, brytyjskie środowiska aktywistyczne, które były rozpracowywane przez tajnych policyjnych agentów domagają się rozpoczęcia śledztwa w tej sprawie i zamierzają zwrócić się do sądu o udzielenie im wglądu w policyjne akta, po tym jak media ujawniły zeznania jednego z tajnych funkcjonariuszy.
W zeszłym tygodniu brytyjski tygodnik „Observer” ujawnił, ze szereg organizacji polityczno-społecznych było rozpracowywanych przez elitarną jednostkę tajnych agentów policji metropolitalnej. W tekście tym cytowano m.in. zeznania anonimowego funkcjonariusza (określanego jako „Policjant A”), który spędził szereg lat podszywając się pod aktywistę antyrasistowskiej organizacji i działając w radykalnych lewicowych organizacjach. Jako ich członek angażował się w liczne bójki z neonazistami, w tym konfrontacje z policją, by uwiarygodnić rolę, którą odgrywał. Jego zadaniem w latach 90. było gromadzenie informacji wywiadowczych na temat „potencjalnie skorych do przemocy demonstrantów”.
Środowiska aktywistyczne zareagowały na te informacje oburzeniem. Jedna z grup zażądała przeprowadzenia publicznego śledztwa w tej sprawie. Wielu aktywistów podejrzewało, że byli w tych latach 90. śledzeni przez służby, ale dopiero teraz ich podejrzenia potwierdziły się. Jeden z „celów” rozpracowywanych przez „Policjanta A” – były lider studenckiej organizacji stwierdził: „miałem wrażenie że mój telefon jest na podsłuchu, byłem tez przekonany, że na demonstracjach w których uczestniczyłem mogą znajdować się policyjni szpiedzy, jednak nawet w najgorszych stanach paranoi nie wyobrażałem sobie że policja posunie się do tego, by zainwestować ogromne środki, potrzebne by zapewnić tajniakom kompletnie nową tożsamość na 5 lat i każe im szpiegować osoby takie jak ja. To naprawdę zdumiewające.”
“Policjant A” był częścią tajnej jednostki policji działającej pod nazwą SDS (specjalny oddział demonstracyjny), który od 1968 r. miał 10 pełnoetatowych agentów wewnątrz tzw. „wywrotowych” organizacji. Zadaniem agentów (poza zbieraniem danych wywiadowczych) było rozbijanie działań tych grup i niszczenie ich skuteczności po to, by nie mogły wywoływać „nieporządku” na ulicach Londynu.
Podczas gdy “Policjant A” miał za zadanie rozpracowywanie radykalnej lewicy, jego koledzy z SDS infiltrowali w tym czasie także grupy skrajnie prawicowe. Po czteroletnie pracy dla SDS pod przykrywką działacza społecznego, “policjant A” dochrapał się funkcji sekretarza oddziału bynajmniej nie radykalnej organizacji antyrasistowskiej Youth Against Racism in Europe (YRE). Wykorzystywał tę pozycję do kontaktów z innymi, mniejszymi organizacjami, które władze podejrzewały o możliwe angażowanie się w „przemoc”.
Hannah Sell, która w latach działalności “policjanta A” była krajowym sekretarzem YRE dobrze go pamięta i wścieka się na insynuacje, że organizacja była zaangażowana w akty przemocy (co mogłoby wnikać z faktu jej infiltracji): “Organizowaliśmy masowe, pokojowe demonstracje przeciwko rasizmowi i BNP (Brytyjskiej Partii Narodowej). Ze względu na tę działalność często spotykaliśmy się z przemocą ze strony skrajnej prawicy i policji.
Wg dziennikarzy Observer duża części strategii, jakie obecnie stosuje policja przy nadzorowaniu i pacyfikowaniu demonstracji i wystąpień społecznych, została opracowana na podstawie informacji wywiadowczych nt. najlepszych sposobów kontroli potencjalnych „wichrzycieli”, uzyskanych przez agentów SDS. Do tych sposobów zalicza się kontrowersyjna taktyka zamykania w kotłach, czyli otaczanie demonstrantów kordonem ze wszystkich stron i przetrzymywanie ich tam godzinami, co znaniem wielu jedynie potęguje agresję i napięcie.
Lois Austin, przewodniczący YRE w czasie jej infiltracji przez “policjanta A” powiedział Observerowi: “naszym zdaniem należy przeprowadzić publiczne dochodzenie w sprawie taktyki stosowanej przez policję na demonstracjach. Powinno być ono niezależne i realizowane bez udziału policyjnych instytucji nadzoru. Chcemy pozyskać informacje nt. wykorzystywania szpiegów oraz tego, czy jednostka ta (SDS) nadal działa.
Wezwanie do dochodzenia jest tym bardziej zasadne, ze policja ściągnęła na siebie niedawno kolejną fale krytyki za sposób kontrolowania demonstracji w czasie ubiegłorocznych protestów przeciw G20, w czasie których zmarł przechodzień pobity przez funkcjonariuszy. Okazało się, że londyńska policja wmieszała w tłum demonstrantów swoich tajniaków, którzy mieli zbierać informacje i zapewne “inspirować” protestujących. Wielu aktywistów, którzy sądzą, że byli rozpracowywani przez SDS, chce wnieść pozew o udostępnienie im gromadzonych na ich temat akt.
Policjanci z Komendy Rejonowej Policji Warszawa IV, mieszczącej się przy ul. Żytniej wtargnęli do Lex Nostrum Sp. o.o., która reprezentuje m.in. interesy tysięcy osadzonych występujących przeciwko Skarbowi Państwa w związku z naruszeniem dóbr osobistych dotyczących warunków tymczasowego aresztowania i odbywania kary.
Policja przejęła materiały procesowe i dowodowe w toczących się i przygotowywanych postępowaniach przed dziesiątkami sądów w kraju, a także przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu.
Działania policji nie były poparte nakazem prokuratorskim.
Świadczy to o działaniu policji bez właściwego nadzoru, co musi budzić niepokój w demokratycznym państwie prawa Unii Europejskiej i przywołuje najgorsze wspomnienia okresu PRL, oraz ostatnie działania reżimu Łukaszenki na Białorusi w stosunku do Związku Polaków na Białorusi.
Po zabójstwie policjanta na warszawskiej woli mieliśmy w Polsce do czynienia z regularnie powtarzającą się w naszym kraju przy okazji dramatycznych wydarzeń histerią. Niemal wszyscy komentatorzy uderzyli w alarmujący ton. "Nawet policjanci są zagrożeni", "bandytyzm na ulicach" - krzyczały tytuły od brukowców po "umiarkowane", "opiniotwórcze" media. Masy egzaltowanych komentatorów i publicystów ruszyły na wojnę z przestępczością proponując oczywiście nieodmiennie zaostrzenie prawa czy inne leki, mogące okazać się gorszymi niż choroba, którą miałyby leczyć.
Przy okazji uroczystego pogrzebu funkcjonariusza zasztyletowanego przez młodocianych chuliganów oglądaliśmy prawdziwy polityczny show z udziałem najważniejszych postaci w państwie. Przypominano oczywiście o "odpowiedzialnej, niebezpiecznej służbie" funkcjonariuszy i tym podobnych sloganach.
Pojawił się projekt zaostrzenia kar za napaść na funkcjonariusza oraz odstąpienia od ewentualnych okoliczności łagodzących, które mogłyby usprawiedliwiać starcie z policjantem. Minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski stwierdził nawet: "Nie przyjmuję argumentu, że zachowanie funkcjonariusza usprawiedliwia atak na niego".
Komendant główny policji wydał również rozporządzenie pozwalające policjantom nosić broń również poza służbą, nawet na urlopie.
Wydawałoby się, że są to szczytne działania mające służyć poprawie bezpieczeństwa. Czy aby na pewno? Spojrzenie na oficjalne statystyki pokazuje, że incydentalny wypadek wykorzystuje się w rzeczywistości do uzyskania przyzwolenia dla wzmacniania organów represji, a także ewentualnego zastraszania grup niewygodnych.
Jak w rzeczywistości wygląda niebezpieczeństwo, na które są narażeni policjanci? Według portalu Policja.pl od roku 1990, kiedy Milicja Obywatelska została oficjalnie przekształcona w policję, zginęło 120 funkcjonariuszy. Nie jest to żadna zatrważająca liczba zwłaszcza, że wliczają się w nią ofiary wypadków samochodowych, zasłabnięć i różnorodnych wypadków z użyciem broni. Wydarzenia te z pewnością były tragiczne, ale bezpośredniego związku z działaniami przestępców nie miały żadnego. W roku 2009 nie zginął zresztą żaden funkcjonariusz, a ostatni trzej zabici w strzelaninie zostali postrzeleni przez niezrównoważonego psychicznie strażnika więziennego w roku 2007. Oznacza to, iż prowadzenie samochodu służbowego to częstsza przyczyna śmierci funkcjonariuszy niż jakakolwiek napaść. Logiczniejsze od dawania policjantom specjalnej ochrony byłoby więc nawet odebranie im radiowozów jako potencjalnie niebezpiecznych, nie wspominając już o broni.
Kolejny argument na rzecz zaostrzenia prawa to rosnąca rzekomo lawinowo liczba napaści na policjantów. Trzeba przyznać - jest ich niemało, ale czy to rzeczywiście efekt wzrostu agresji wobec mundurowych? Najbardziej absurdalne domysły snuli, nie po raz pierwszy zresztą, dziennikarze pisma neoliberalnej ekstremy - tygodnika "Wprost", pytając czy za napaściami nie stoi popularność kultury hip-hopowej, a zwłaszcza antypolicyjnych tekstów grupy Hemp Gru.
W rzeczywistości za wzrost liczby "ataków" na funkcjonariuszy w dużej mierze odpowiada strategia działania samej policji. Jeśli do prokuratury wniesione zostanie zawiadomienie o złamaniu prawa przez funkcjonariusza, wnoszący je bardzo często w rewanżu zostaje oskarżony o napaść. Okazuje się, że policjanci są więc na przykład regularnie bici przez demonstrantów, często wykazujących się wprost akrobatycznymi wyczynami. Sądów nie dziwi na przykład możliwość kopnięcia w pierś i naruszenia nietykalności funkcjonariusza w pełnym rynsztunku, czy oskarżenie kobiety która rzekomo rzuciła się na kilku funkcjonariuszy prewencji. Również policjanci którzy niedawno rozpędzili pikietę anarchistów podczas poznańskiej konferencji w dwudziestolecie istnienia samorządu, zostali "zaatakowani", skutkiem czego jeden z biedaków zwichnął sobie palec. Ponieważ atakować miały aż trzy osoby, które rzuciły się zapewne w samobójczej szarży na cały oddział prewencji, mamy już kolejne przypadki do podniesienia statystyki.
Dla odmiany przypadki w których to policja powoduje szkody i atakuje obywateli wcale nie są takie rzadkie. Wystarczy wspomnieć na przykład antyterrorystów, którzy napadli na człowieka podejrzanego o... kradzież drzewa z lasu lub niedawną akcję łódzkiego oddziału specjalnego, który zaatakował i zdemolował niewłaściwe mieszkanie. W tym roku skazani zostali również na kary w zawieszeniu białostoccy funkcjonariusze, ponieważ zabili Niemca, któremu nie umieli wytłumaczyć, że parkuje w niedozwolonym miejscu.
Sprawę pogarsza dodatkowo panująca w polskim prawie niepisana zasada, że policjant niemal zawsze ma rację. Napadnięty obywatel, jeśli sam nie okaże się "groźnym bandytą", może liczyć co najwyżej na przeprosiny.
Decyzje o odszkodowaniu pieniężnym dla poszkodowanego zapadają niezwykle rzadko. Jeśli zginie z rąk funkcjonariusza szansa na dojście sprawiedliwości nieco rośnie, ale też nieznacznie.
Wbrew temu co mówią politycy i komentatorzy społeczeństwo nie może czuć się bezpieczne, ponieważ w państwie funkcjonuje uzbrojona grupa, która czuje się coraz bardziej bezkarna. Tylko skuteczna możliwość wystąpienia przeciwko policjantom czy też pokazowe skazanie kilku z nich za ewidentne mataczenie w toku postępowań sądowych mogłoby odwrócić niebezpieczny trend.
Mamy pełne prawo domagać się aby policja działała w sposób przejrzysty, nie była wykorzystywana do żadnych politycznych rozgrywek i nie tworzyła państwa w państwie. Incydentalny przypadek zabójstwa na warszawskiej Woli jest natomiast wykorzystywany aby pogorszyć jeszcze bardziej stan bezpieczeństwa. Oczywiście rozwiązaniem jest jednak budowanie nowych więzień i pogarszanie w nich warunków. Niech pijani rowerzyści, niepłacący alimentów i drobni złodzieje, bo tacy "groźni bandyci" stanowią większość klienteli zakładów karnych odsiadują coraz dłuższe wyroki, zamiast na przykład odpracować kary społecznie. Społeczeństwo będzie usatysfakcjonowane przedstawieniem z zaostrzaniem kar, zwłaszcza jeśli poprze się te projekty populistycznymi hasełkami, a przecież przed wyborami tylko to się liczy.
12-letnia uczennica ze szkoły w Stanach Zjednoczonych została wyprowadzona w kajdankach. Powód? Pomazała ławkę żółto-zielonym markerem. Teraz domaga się odszkodowania w wysokości miliona dolarów. Do zdarzenia doszło w lutym w szkole w dzielnicy Queens w Nowym Jorku. Alexa Gonzales, czekając na swojego nauczyciela hiszpańskiego, pisała po ławce. - Kocham moich przyjaciół Abby and Faith. Lex tu była. 2.1.2010 - napisała na ławce żółto-zielonym mazakiem. Dorysowała też uśmiechniętą twarz.
Nauczyciel wezwał do szkoły policję, która z budynku wyprowadziła 12-latkę w kajdankach. Zaprowadzono ją do komisariatu, gdzie spędziła kilka godzin. - Zaczęłam płakać. Zrobiłam tylko dwa małe "gryzmoły". To można łatwo. Ale oni założyli mi kajdanki tłumacząc, że to jest konieczne - opowiadała potem uczennica.
Alexa, która ma jedną z lepszych frekwencji w szkole, od tego czasu nie wróciła na zajęcia. Alexa jest nadal zawieszona w prawach ucznia. Nakazano jej osiem godzin prac społecznych oraz napisanie referatu nt. tego, co nauczyło ją zajście. Z pewnością wypracownaie będzie ciekawe, tym bardziej, że dziewczyna wraz ze swoją matką postanowiły pozwać nowojorską policję za straty moralne. Żądają miliona dolarów.
cia.bzzz.net
Cytat:
Pomysł cenzurowania Internetu wrócił. I to nie jako lokalny pomysł polskiego rządu, ale jako oficjalna, zgłoszona przez Komisję Europejską propozycja dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady, która, jeśli zostanie przyjęta, zobowiąże wszystkie państwa Unii do podjęcia środków niezbędnych “do tego, by doprowadzić do zablokowania użytkownikom Internetu na swoim terytorium dostępu do stron internetowych zawierających lub rozpowszechniających pornografię dziecięcą”. Nie chodzi bynajmniej jedynie o usuwanie takich stron z serwerów - bo jak można przeczytać w następnym punkcie proponowanego artykułu 21 dyrektywy, “bez uszczerbku dla powyższego, państwa członkowskie podejmują środki niezbędne do doprowadzenia do usunięcia stron internetowych zawierających lub rozpowszechniających pornografię dziecięcą”. A więc oprócz usuwania, należy zapewnić też blokowanie dostępu do stron, które jeszcze usunięte nie są. W tym tych umieszczonych na serwerach poza Unią Europejską - o czym wprost napisane jest w preambule projektowanej dyrektywy: “ze względu na to, że (…) usunięcie pornografii dziecięcej u źródła okazuje się trudne w przypadkach, w których oryginalne materiały znajdują się poza terytorium UE, należy ustanowić mechanizmy blokowania dostępu z terytorium Unii do stron internetowych, co do których ustalono, że zawierają lub pornografię dziecięcą lub służą do jej rozpowszechniania”.
Wprawdzie, jak wynika z dalszych zapisów w tej preambule, mechanizmy te niekoniecznie muszą przybrać postać przymusowego nakazywania dostawcom dostępu do Internetu, by takie strony odfiltrowywali: “można do tego wykorzystać, stosownie do okoliczności, różne mechanizmy, w tym mechanizmy ułatwiające właściwym organom sądowym lub policyjnym zarządzanie takiej blokady lub zachęcające dostawców usług internetowych do dobrowolnego opracowania kodeksów postępowania oraz wytycznych w zakresie blokowania dostępu do takich stron internetowych, jak również wspierające ich w tym zakresie”. Ale zwolennicy rozwiązań w rodzaju Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych po wejściu tej dyrektywy dostaną do ręki potężny argument - “nasze rozwiązanie oznacza wdrożenie wymogów unijnych”. Poza tym nie oszukujmy się - aby skutecznie blokować strony internetowe przy jednoczesnym zagwarantowaniu przewidzianego w dyrektywie wymogu “dopilnowania, aby blokowanie było ograniczone do tego, co jest konieczne” należy tak czy inaczej zbudować odpowiednią infrastrukturę techniczną - nie wystarczy tu proste blokowanie domen czy adresów IP, trzeba zapewnić przynajmniej możliwość blokowania adresów w formacie URL, a chcąc ściśle wypełnić wymóg “zablokowania użytkownikom dostępu” również blokowania anonimowych proxy czy usług typu TOR. Jeżeli “zachęcanie” i “wspieranie” nie wystarczy do powstania takiej infrastruktury w skali ogólnokrajowej, jedynym sposobem wdrożenia dyrektywy pozostanie “zarządzanie blokady”.
Wdrożenie rozwiązań pozwalających blokować dostęp do adresów w formacie URL oznacza na dzień dzisiejszy inwestycję rzędu minimum 2,5-3 mln zł rocznie w skali Polski (przyjmując, że gospodarstw domowych i firm korzystających z Internetu jest ok. 7 mln). Jest tak przy założeniu, że wszyscy dostawcy dostępu do Internetu będą korzystali - dobrowolnie lub przymusowo - ze wspólnego rozwiązania typu Netclean Whitebox, pozwalającego na zminimalizowanie kosztów (ceny wzięte z prezentacji ww. rozwiązania). Z uwagi na niższy koszt takiego rozwiązania “zewnętrznego” (zwłaszcza w przypadku, gdyby płacił za nie rząd z kieszeni podatnika) prawdopodobna jest możliwość, że postawieni w obliczu obowiązku blokowania przedsiębiorcy telekomunikacyjni zgodzą się ochoczo na (lub sami zaproponują) opcję, w której filtrujące “białe skrzynki” będą stanowiły własność rządową i będą kontrolowane bezpośrednio przez np. ABW.
Z chwilą powstania takiej infrastruktury i zapewnienia, że wszyscy providerzy będą z niej korzystać dodawanie kolejnych kategorii adresów do blokowania (np. związanych z hazardem, “faszyzmem”, “szerzeniem nienawiści”, “terroryzmem”, naruszaniem praw autorskich itp.) będzie już technicznie i finansowo bezproblemowe. Przeciwnikom blokowania odpadnie istotny argument, dostawcy dostępu do Internetu nie musząc ponosić dodatkowych kosztów nie będą protestować - wystarczyło będzie jedynie przegłosować odpowiednie poprawki w parlamencie.
Można zastanowić się, czy przypadkiem nie o to właśnie chodzi autorom projektu dyrektywy. Bo budowanie ogólnoeuropejskiego odpowiednika chińskiej “złotej tarczy” pozwalającego potencjalnie na zablokowanie dostępu do dowolnej strony internetowej tylko po to, by uniemożliwić podniecanie się garstce pedofilów wygląda na strzelanie z armaty do wróbla. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że jeśli już strona z pedofilską pornografią zostanie namierzona przez kogokolwiek poza samymi pedofilami, to zwykle błyskawicznie jest usuwana - czy to przez właściciela serwera, czy przez policję - niezależnie od tego, gdzie się ten serwer znajduje, bo wszak rozpowszechnianie takiej pornografii ścigane jest na całym świecie. Twierdzenie, że blokowanie dostępu do stron jest konieczne, bo “usunięcie pornografii dziecięcej u źródła okazuje się trudne w przypadkach, w których oryginalne materiały znajdują się poza terytorium UE” nie jest poparte żadnymi danymi źródłowymi i wydaje się być mało wiarygodne w obliczu informacji, zgodnie z którymi “istotna część” faktycznie funkcjonujących serwerów z pornografią pedofilską znajduje się w… Niemczech, zaś dostęp do takiej pornografii odbywa się często za pomocą technik uniemożliwiających wykrycie (tunele VPN) lub też w ogóle nie przez strony internetowe (np. przy pomocy dostępu do zdalnego pulpitu wirtualnej maszyny z zaszyfrowanymi plikami).
Warto jednak zwrócić uwagę, że “pornografią dziecięcą” w rozumieniu proponowanej dyrektywy (jak i obecnie obowiązującej decyzji ramowej Rady 2004/68/WSiSW, nie przewidującej póki co blokowania dostępu do stron) jest nie tylko pornografia z udziałem faktycznych dzieci (osób niedojrzałych płciowo, które pociągają pedofilów), ale wszelka pornografia ukazująca osoby w wieku poniżej 18 lat, a nawet “wyglądające” na takie (!), jak też pornograficzne “realistyczne obrazy” takich osób niezależnie od tego, czy one istnieją (!!). Pojęcie “pornografii dziecięcej” jest więc tu bardzo szerokie i być może utyskiwanie na trudności z usuwaniem jej u źródła w przypadku, gdy materiały znajdują się poza UE dotyczy po prostu rysunków, zdjęć siedemnastoletnich podlotków czy dwudziestolatek z małymi piersiami wyglądających na młodsze. Pośrednio potwierdza to tajna “czarna lista” stron stworzona przez duńską policję, która wyciekła w zeszłym roku do Internetu - obok wielu nieaktywnych już adresów znajdują się na niej również strony z dorosłymi modelkami i modelami porno, w tym nawet uczestniczące w programach sprawdzających wiek…
Obok nakazywania blokowania dostępu do stron z rozumianą w powyższy sposób “pornografią dziecięcą” projekt dyrektywy zaostrza znacznie reguły nakazujące karać za produkcję i posiadanie tak rozumianej pornografii. O ile dotychczas obowiązująca decyzja ramowa Rady zezwala poszczególnym państwom członkowskim za niekaranie: produkcji i posiadania (a także rozpowszechniania) materiałów pornograficznych z osobami dorosłymi sprawiającymi wrażenie, że mają poniżej 18 lat (i w Polsce nie jest to karane); produkcji i posiadania materiałów pornograficznych z osobami, które osiągnęły wiek “wystarczający do wyrażenia zgody na swój udział w czynnościach o charakterze seksualnym” (w Polsce 15 lat) dla celów prywatnych i za zgodą tych osób (i w Polsce nie jest to karane); produkcji i posiadania w celach prywatnych materiałów pornograficznych przedstawiających “realistyczne obrazy nieistniejącego dziecka” (to akurat w Polsce jest mimo to karane - i to nawet w przypadku, jeśli obrazy nie są realistyczne) - o tyle proponowana dyrektywa te wyjątki likwiduje. Jeśli więc wejdzie w życie, to polskie władze będą musiały wprowadzić bezwzględną karalność produkcji i posiadania pornografii z osobami w wieku 15-18 lat, jak również ze starszymi, ale “wyglądającymi” na ten wiek. Projekt dyrektywy nakazuje również wprowadzenie karania za “świadome uzyskiwanie dostępu, za pośrednictwem technologii informatyczno-komunikacyjnych, do pornografii dziecięcej”. Tak więc nie trzeba będzie już mieć pliku z pornograficznym zdjęciem czy filmem na lokalnym dysku - wystarczy sam fakt jego oglądania online, choćby przez chwilę.
Uzasadnienie takiego zaostrzenia reguł w preambule projektu dyrektywy jest szczególnie mętne: “W celu zwalczania tego zjawiska należy ograniczyć obieg materiałów przedstawiających niegodziwe traktowanie dzieci poprzez utrudnienie sprawcom wprowadzania takich materiałów do publicznie dostępnych stron internetowych. Dlatego konieczne są działania w celu usuwania takich treści u źródła oraz zatrzymywania osób odpowiedzialnych za dystrybucję lub pobieranie obrazów przedstawiających niegodziwe traktowanie dzieci”. Jak widać, oficjalnym argumentem za ściganiem pobierających pornografię jest… chęć utrudnienia jej wprowadzania do Internetu. W jaki sposób zatrzymywanie tych, co ściągają i oglądają pornograficzne zdjęcia i filmy ma utrudnić wprowadzanie tych ostatnich na strony internetowe - trudno się domyślić, chyba że przyjęto niejawne założenie, że większość oglądających i ściągających to potencjalni “wprowadzacze”. No a o tym, dlaczego należy zlikwidować wspominane wyżej wyjątki i nakazać bezwzględne karanie za pornografię z osobami powyżej “wieku przyzwolenia”, a nawet dorosłymi wyglądającymi na małoletnich - ani słowa.
Czegokolwiek nie zamierzali autorzy tego projektu, penalizacja posiadania i oglądania materiałów pornograficznych z osobami tylko “wyglądającymi” na mające poniżej 18 lat stwarza ogromne możliwości prowokacji i nadużyć. Odróżnić np. dwudziestolatkę od siedemnastolatki “na oko” nie jest łatwo, a większość modelek na stronach porno jest w wieku raczej zbliżonym do 20 lat - więc jeśli ktoś (np. policjant przy dokonywaniu przeszukania) będzie miał złą wolę (albo brak chęci do zadecydowania samemu), to zawsze może powiedzieć, że dziewczyna na znalezionym w komputerze zdjęciu porno “wygląda” mu na 17 lat. A skoro wygląda, to już jest podejrzenie popełnienia przestępstwa posiadania oraz uzyskiwania dostępu do “pornografii dziecięcej” i można zabrać komputer do analizy przez biegłych, a podejrzanego zatrzymać. Nie musi się to skończyć wyrokiem skazującym, ale zawsze można w ten sposób ponękać kogoś, kogo się nie lubi.
A jeżeli ofiara nie lubi w ogóle oglądać pornografii? Nie szkodzi. Metod jest dużo. Można skłonić ją, by ściągnęła np. zdjęcie kotka z ukrytym wewnątrz plikiem porno, albo podrzucić link prowadzący do takiego pliku, albo użyć wirusa.
Na szczęście póki co jest to tylko projekt dyrektywy. Aby wejść w życie, musi zostać zaaprobowany przez Radę UE oraz Parlament Europejski. Można go więc jeszcze zablokować albo zmienić. Do tego jednak potrzebne będą naciski przeciwników cenzury na rządy (w tym polski) oraz “europosłów”. Nie wydaje się to być pozbawione szans, zważywszy, że przeciwko blokowaniu dostępu do stron wypowiedziała się m. in. niemiecka minister sprawiedliwości. Pora na wznowienie akcji “Stop Cenzurze”, tym razem na skalę ogólnoeuropejską.
Prokuratura Rejonowa Poznań-Grunwald odmówiła wszczęcia śledztwa we wszystkich sprawach o przekroczenie uprawnień przez funkcjonariuszy policji podczas pacyfikacji protestu na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP) 8 marca b.r. Jednak zgodnie z prawem grunwaldzka prokuratura nie powinna zajmować się tą sprawą
8 marca b.r. na terenie MTP odbywał się Kongres 20-lecia Samorządu Terytorialnego, w którym udział wzięło ok. tysiąca wójtów, burmistrzów, prezydentów, starostów i marszałków miast polskich. Przed jego rozpoczęciem środowiska związane ze skłotem Rozbrat i poznańska Federacja Anarchistyczna zorganizowały pikietę. Protestujący pod hasłami „Miasto to nie firma. Rozbrat zostaje” – zablokowali wjazd, a następnie weszli nie zatrzymani na teren targów. Tam zostali zaatakowani przez siły prewencji policji. Wiele osób zostało dotkliwie pobitych, 38 zatrzymano i przewieziono na komisariat. Policjanci z taką siłą okładali nieuzbrojonych demonstrantów, że niektórym połamały się, wykonane ze specjalnego tworzywa, pałki.
Trzem osobom, które złożyły na miejscu skargi na działania funkcjonariuszy natychmiast postawiono zarzut "naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza policji". Jednej z zatrzymanych osób policja odmawiała kontaktu z lekarzem, mimo że doznała ona obrażeń ciała i wysokiej gorączki związanej z szokiem pourazowym.
W ciągu kilku dni po wydarzeniach do prokuratury trafiło 15 skarg w związku z przekroczeniem uprawnień przez funkcjonariuszy policji, złożono również wnioski dowodowe i listy świadków do przesłuchania.
Prokuratura Rejonowa Poznań-Grunwald nie zapoznając się z żadnym wnioskiem dowodowym i bez przesłuchania świadków hurtowo odrzuciła wszystkie skargi uznając, że funkcjonariusze mieli prawo użyć środków przymusu bezpośredniego, gdyż demonstrujący przebywali na terenie targów bezprawnie. Prokuratura zignorowała również opisy nadużyć, do których dochodziło w radiowozach i komisariatach, gdzie demonstranci byli bici, obrażani i zastraszani.
Poznańska prokuratura wydająca orzeczenie nie ma prawa zajmować się sprawą, w której oskarżeni są funkcjonariusze policji, będący de facto jej współpracownikami. Wszystkie wnioski powinny zostać dostarczone do zbadania prokuraturze w innym mieście, tak się jednak nie stało. Jeden z prawników prowadzących sprawę stwierdził, że z takim kuriozalnym postępowaniem nie spotkał się jeszcze w swojej karierze, i że związane jest to prawdopodobnie z politycznymi naciskami "z góry", aby jak najszybciej ukręcić łeb sprawie, bez nadawanie jej toku. Przygotowywane są już wnioski o uchylenie postanowień.
Cytat:
Wczoraj w Nowym Jorku policja zrobiła nalot na lokal gdzie spotykali się organizatorzy anarchistycznego festiwalu filmowego im. Brada Willa. W lokalu spotkał się kolektyw Independent Anarchist Media, który przygotował się do piątkowego festiwalu.
Dwie osoby zostały zatrzymane - nie wiadomo dlaczego
cia.bzzz.net
Cytat:
We wtorek, 13 kwietnia, na Brooklynie, policja dokonała be nakazu nalotu na 13 Thames Art Space gdzie przebywała ekipa Independent.Anarchist.Media (I AM) organizująca Czwarty Doroczny Anarchistyczny Festiwal filmowy poświęcony pamięci Brada Willa (www.nyanarchistfilmfest.org)
Najpierw do lokalu słuzącego jako miejscfe spotkań I AM weszło dwóch funkcjonariuszy po cywilnemu, a za nimi podjechały 2 wozy pełne mundurowych. Po spędzeniu wszystkich obecnych w środku do pokoju na zapleczu, funkcjonariusze przeszukali całą przestrzeń i zatrzymali dwóch członków kolektywu. Poza policjantami NYPD na miejscu obecni byli także agenci federalni
Ekipa I AM przygotowywała na festiwal materiał o ruchach oporu i powstaniach na całym świecie prezentowany z perspektywy anarchistycznej i antyautorytarnej.
Po nalocie kolektyw I AM wydał oświadzczenie, w którym zapowiedział, ze mimo nielegalnej akcji policji, festiwal odbędzie się zgodnie z planem w piątek 16 kwietnia w Judson Memorial Church.
Wg stacji NBC, cytującej rzecznika NYPD sierżanta Carlosa Nievesa dwójkę aktywistów aresztowano za niezastosowanie się do wezwań sądowych, nie wiadomo jednak jakich wykroczeń czy spraw te nakazy stawienia się w sądzie dotyczyły. Rzecznik nie wyjaśnił też dlaczego do zatrzymania dwójki niegroźnych osób wysłano taką liczbę funkcjonariuszy i agentów FBI i dlaczego przeszukali oni lokal bez nakazu.
Cytat:
Absurdalność działań policji w Atenach przybiera rozmiary nieznane od czasu upadku junty wojskowej: wczoraj po południu funkcjonariusze aresztowali 3 chłopców i ich matkę oskarżając ich o przynależność do grupy partyzantki miejskiej Konspiracyjne Komórki Ognia za to, ze mieli w domu niewykorzystane wielkanocne petardy. Początkowo ich bliscy wierzyli, że chodzi o zwykłe zatrzymanie w sprawie o tzw. wybryk chuligański. Gdy okazało się, że chodzi o dochodzenie „antyterrorystyczne” wszystkim „opadły szczęki”.
Jak poinformowano w oficjalnym oświadczeniu policji, agencji jednostki antyterrorystycznej podsłuchali rozmowę telefoniczną między matką a jednym z synów, w czasie której nakazywała mu by schował "gourounes" – petardy używane masowo przez greckie dzieci i nastolatków w czasie obchodów Świąt Wielkanocnych, które zakończyły się w zeszłym tygodniu. Dzielni stróże prawa udali się do domu podsłuchanych i aresztowali 52-letnią kobietę oraz chłopaka, który miał chować petardy, a następnie jeszcze dwóch chłopców, argumentując, ze proch w petardach jest podobny do tego, który był użyty podczas serii ataków bombowych dokonanych przez Konspiracyjne Komórki Ognia przy użyciu domowej roboty ładunków wybuchowych. Wnioskować z tego więc należy, że do organizacji tej należą też niechybnie dziesiątki tysięcy greckich dzieciaków odpalających co roku świąteczne fajerwerki i dla bezpieczeństwa greckiego państwa należy wszystkich uwięzić.
Ostatnia fala aresztowań może wskazywać na to, że sytuacja w Grecji jest krytyczna. Władze podjęły wobec mieszkańców szeroko zakrojone represje bez zachowania nawet najbardziej podstawowych przepisów prawa i procedur sądowych. Warto nadmienić że wobec trójki z 6 niedawno aresztowanych w sprawie grupy Walka Rewolucyjna anarchistów orzeczono areszt – maja pozostać w więzieniu do czasu procesu, co może potrwać nawet 18 miesięcy, mimo ż policja nie przedstawiła sądowi ani jednego wiarygodnego dowodu, który mógłby wskazywać na ich winę albo możliwość mataczenia w śledztwie, a te przesłanki do aresztowania, które nagłośniły jednostki antyterrorystyczne zostały wyśmiane nawet przez prorządowe i konserwatywne media. Kolejna trójka ma stanąć przed prokuratorem jutro rano, a władze szykują już kolejne nakazy przeszukania i aresztowania
RIAA i MPAA proponują wykorzystać antywirusy do wykrywania pirackich plików. Klienci powinni ich zdaniem "dobrowolnie" instalować oprogramowanie, które cały czas skanowałoby i przeczesywało ich komputery. Idea umieszczona została na liście wniosków i propozycji, które trafiły Victorii Espinel, koordynatora ds. ochrony własności intelektualnej w USA. Pada propozycja wykorzystania istniejących już programów zabezpieczających, w tym antywirusów i firewalli do wyszukiwania i być może także usuwania pirackich plików.
Autorzy proponują wykorzystanie urządzeń przypominających filtry antyspamowe, oznaczanie i poddawanie kwarantannie stron podejrzewanych o rozpowszechnianie pirackich kopii, podobnie jak robi się to z serwisami rozsyłającymi wirusy i szereg innych kroków. W raporcie znajdujemy także wyliczenie technologii zagrażających prawom autorskich. Oprócz klasycznego już P2P są to: Pay For Download, Streaming Wideo na Życzenie i Usenet.
Mniej prywatności, sterowany Internet i agenci federalni w roli płatnych karków do ochrony zysków gigantów – podsumował Richard Esguerra z Electronic Frontier Fundation zajmującej się propagowaniem idei neutralności internetu.
Cytat:
W niedzielę 18 kwietnia, o godzinie 16.45 na Dworcu Zachodnim w Poznaniu, pojawili się jak co tydzień aktywiści Jedzenie Zamiast Bomb (JZB).
Niedługo po rozpoczęciu rozdawania darmowego jedzenia dla potrzebujących, pojawiła się policja w towarzystwie strażnika ochrony kolei. Policja przystąpiła do rutynowych czynności, czyli: spisywania aktywistów, fotografowania ich i banerów...
Czegóż to można było dowiedzieć się od policjantów: "że to szczytna akcja, ja to rozumiem", "musimy was wylegitymować, bo jak któryś z bezdomnych umrze po waszym jedzeniu to kto będzie winien", "sformalizujcie swoją działalność... gdybyście mieli bar..." i tym podobne.
Dowiedzieliśmy się także, że to w zasadzie panowie policjanci oraz sokiści dbają o bezdomnych, choć pewnie my myślimy inaczej. Dowodzący akcją upierał się, że my nie możemy prowadzić tutaj działalności od wielu lat, co niedzielę, bo on nas do tej pory nie widział.
Policjant w cywilu stwierdził także, że transparent JZB, owinięty wokół kolumny przeszkadza zarządcy budynku. Na pytanie czy zarządca budynku domagał się zdjęcia transparentu oświadczył, że nie, ale może do niego w każdej chwili zadzwonić, ponadto jest pewien, że zarządca ma wolę usunąć ten transparent.
Po tych absurdalnych pogawędkach, podczas których spisywano wszystkich rozdających jedzenie, złotymi myślami podzielił się stojący z nami mundurowy. Po oświadczeniu, że bezdomni dostają z pomocy społecznej więcej pieniędzy niż zarobki niejednego pracującego, uraczył nas prawdziwą perełką "bo wy nie wiecie, że trzeba zejść na samo dno, żeby się od niego odbić"... postanowiliśmy zakończyć temat, zastanawiając się jakie książki, lub czasopisma są czytane na komisariatach.
Dziwna była ta interwencja, zapewne w apogeum żałoby narodowej zwiększono siły policyjne na dworcach i skierowano do akcji pełnych werwy funkcjonariuszy. W atmosferze ogólnopolskiej histerii, nawet rozdawanie posiłków musi wydawać się podejrzane, skoro na kilku młodych ludzi z termosami pełnymi jedzenia wysyła się pięciu policjantów, mówiących cały czas o państwie prawa.
No cóż...oświadczyliśmy, że nawet łamiąc prawo, będziemy rozdawać darmowe posiłki tym co tego
potrzebują, a represje... cóż, przecież władza w tym się lubuje...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach