Hath Pomógł: 1 raz Dołączył: 14 Kwi 2011 Posty: 69
Wysłany: 2012-01-25, 22:22
Ranma napisał/a:
uwaga, ustrzegam przed przekłamanymi informacjami, jakie sa podawane na popularnych portalach informacyjnych, a także nakłaniam do rzetelnego przegladania informacji, porównywania faktow, ktore zostały opublikowane. niby wszyscy to wiedza, ale uprzedzam.
dzis w krakowie bylo prawie 20 tys manifestujacych, media mowia o ponad 10 tysiącach.
uważajcie, na spryciarzy ! :O
No ja spotkalem sie z informacjami o 10 tys. lub 15 tys. w zaleznosci od zrodla.
Wiek: 22 Dołączyła: 30 Lis 2011 Posty: 430 Skąd: stąd
Wysłany: 2012-01-25, 22:32
Cytat:
Wikileaks: ACTA miała wywierać nacisk na inne państwa
Marcin Maj, 04-02-2011, 09:54, Komentarzy: 2ACTA jest projektem Stanów Zjednoczonych, który ma eksportować amerykańskie podejście do własności intelektualnej do innych, często biedniejszych krajów. Takiego przekonania można nabrać, czytając ujawnione przez Wikileaks depesze, które mówią coś o ACTA.
reklama
czytaj dalej
Ujawnione w listopadzie przez Wikileaks depesze amerykańskich dyplomatów stanowią bogaty materiał do analizy. Wśród ujawnionych w nich zjawisk ciekawe są te odnoszące się do własności intelektualnej. USA naciskały na Szwecję w sprawie The Pirate Bay oraz na Hiszpanię w celu wprowadzenia prawa, które mogłoby pozwolić na blokowanie stron internetowych w tym kraju.
W ujawnionych depeszach znajdziemy także informacje na temat okoliczności powstawania ACTA - międzynarodowego porozumienia antypirackiego, które negocjowano z pominięciem zasad demokracji. Parlament Europejski otworzył już drogę do przyjęcia ACTA, mimo że wcześniej przyjął rezolucję potępiającą sposób tworzenia porozumienia.
>>> Czytaj: UE: O walce z piractwem za zamkniętymi drzwiami
Depesze dotyczące ACTA poddała analizie grupa La Quadrature du Net. Jej ustalenia wraz z odnośnikami do konkretnych depesz możemy znaleźć w tekście pt. WikiLeaks Cables Shine Light on ACTA History. Poniżej w punktach wymienimy najważniejsze spostrzeżenia.
ACTA była pomysłem Amerykanów, którzy najpierw zaprosili do współpracy Japonię (było to w roku 2006). Przedstawiciel USA Stan McCoy stwierdził, że porozumienie ma ustalić "złoty standard" ochrony praw własności intelektualnej między krajami o podobnych poglądach, do którego jednak mogłyby dołączyć inne kraje. Chodziło o to, aby pominąć międzynarodowe organizacje, takie jak WIPO lub WTO, w których istniała opozycja w postaci krajów rozwijających się.
Celem Japonii było uporanie się z problemami takich krajów, jak Chiny, Rosja czy Brazylia. ACTA miała służyć jako "metrówka, odmierzająca status gospodarki rynkowej takich krajów, jak Chiny i Rosja". Dalsze depesze potwierdzają, że choć ACTA miała łączyć kraje o podobnych poglądach, to celem porozumienia było wpływanie na inne kraje. Meksyk, przystępując do negocjacji w sprawie ACTA, wyraził chęć sprzeciwienia się inicjatywom Brazylii. Japończycy wierzyli, że porozumienie da się osiągnąć w ciągu roku.
Negocjacje z UE były początkowo problemem dla USA. Stanowiska różnych krajów były podzielone i przedstawiciele USA nie wiedzieli, czy nie będzie konieczne negocjowanie z każdym krajem osobno. Ostatecznie ta niepewność spowodowała opóźnienie całego procesu.
Przedstawicielom UE wciąż nie odpowiadało to, że ACTA nie uwzględniała tzw. chronionych nazw pochodzenia (ang. Protected Designation of Origin, PDO), czyli kategorii produktów wytwarzanych w konkretnym regionie, które będą posługiwać się nazwami zastrzeżonymi dla tych regionów. Do tej pory UE nie uzyskała satysfakcjonujących zapisów w tym zakresie.
Poufność negocjacji w sprawie ACTA nie odpowiadała przedstawicielom UE głównie z jednego powodu - amerykański przemysł był zbliżony do negocjacji w sprawie ACTA, ale Unia nie miała podobnej możliwości dzielenia się negocjowanymi treściami z przedstawicielami własnego przemysłu. Nasilająca się krytyka ACTA nie była komfortowa dla strony UE.
Twórcy ACTA nigdy oficjalnie nie twierdzili, że porozumienie to ma wywierać nacisk na biedniejsze kraje. Ta intencja została najpierw wyczytana z przecieków dotyczących porozumienia oraz z jego treści. Depesze ujawnione przez Wikileaks potwierdzają, że obawy ekspertów dotyczące ACTA były uzasadnione, a przynajmniej część intencji została odczytana prawidłowo.
uwaga, ustrzegam przed przekłamanymi informacjami, jakie sa podawane na popularnych portalach informacyjnych, a także nakłaniam do rzetelnego przegladania informacji, porównywania faktow, ktore zostały opublikowane. niby wszyscy to wiedza, ale uprzedzam.
dzis w krakowie bylo prawie 20 tys manifestujacych, media mowia o ponad 10 tysiącach.
uważajcie, na spryciarzy ! :O
Standard. Tak właśnie działaja oficjalne media. Innym sposobem manipulacji jest odpowiednie wykonywanie zdjęć. Przykładowo, jeśli chce się wywołać wrażenie małej liczby ludzi robi się zdjęcie od czoła z dołu, jeśli duzej, fotografuje sie od góty pod katem dalsze rzędy.
Cytat:
Opublikowany został najnowszy raport dotyczący wolności prasy, zwany Reporters Without Borders press freedom index 2011-2012. Indeks ten określa kraje, w których prasa ma największą wolność słowa.
W tym roku na dość wysokim, szóstym miejscu uplasowała się Islandia, która jest uznawana za kraj, w którym coraz bardziej szanuje się wolność prasy.
Na pierwszym miejscu w tym roku znalazła się Finlandia tuż za nią Norwegia, Estonia, Holandia i Austria. Na siódmym miejscu tuż za Islandią jest Luksemburg i Szwajcaria. Polska zajęła w tym rankingu 24 miejsce.
„W tym roku na czele rankingu znalazły się te same kraje co rok temu, Finlandia, Norwegia i Holandia, czyli kraje w których bardzo ważnym elementem jest poszanowanie demokracji i wolności słowa. Niezależne media mogą być utrzymane tylko tam gdzie istnieje bardzo dobrze rozwinięta demokracja, ponieważ demokracja potrzebuje wolności mediów” – napisano w oświadczeniu prasowym.
Zatrzymany to Michał Stróżyk, dziennikarz Gazety Polskiej, który w ostatnich wyborach był też kandydatem z ramienia PiS do sejmiku województwa. Był na demonstracji w Gdyni, przeszedł z nią do Sopotu, a pod domem premiera kilka razy przemawiał przez megafon do protestujących.
- Zatrzymano mnie jednak już po manifestacji, na peronie, gdy czekałem na kolejkę do Gdyni. Zachowywałem się spokojnie, w przeciwieństwie do kilku innych osób nie paliłem papierosów na peronie, nie piłem alkoholu, spokojnie sobie stałem. W pewnym momencie, od tyłu, zaszło mnie kilku mężczyzn. Chwycili mnie i zaczęli ciągnąć w kierunku schodów - opowiada Stróżyk.
Wedle jego słów, mężczyźni nie przedstawili się, nie pokazali też policyjnych odznak, wszyscy byli w cywilnych ubraniach. - Zacząłem wzywać pomocy. Ludzie, którzy stali na peronie ruszyli mi na pomoc. W tym momencie jeden z mężczyzn - jak później się dowiedziałem policjantów - wyciągnął i przeładował broń. Nad moją głową zaczął mierzyć z niej w osoby, które chciały mi pomóc - odpowiada dalej Stróżyk.
Stróżyk twierdzi, że zepchnięto go brutalnie ze schodów, podarto kurtkę, podczas szarpaniny zgubił też klucze do mieszkania. - Dopiero gdy wsadzano mnie do radiowozu, zorientowałem się, że to policja. Na komisariacie zabrano mi telefony, chciano mnie ukarać mandatem, ale nie przyjąłem go, bo nie popełniłem żadnego wykroczenia. Wypuszczono mnie ok. godz. 1 w nocy - dodaje.
Kilkunastu internautów, którzy nazwali po imieniu polskich żołnierzy w Afganistanie, może usłyszeć zarzuty o "podżeganie i pochwałę zbrodni", za co grożą trzy lata więzienia - zdecydowała prokuratura w Białogardzie. Śledztwo wszczęto po zawiadomieniach, które od jesieni ub. roku składał w prokuraturze polski żołnierz sierżant Jacek Żebryk. W sieci znalazł wpisy, które jego zdaniem godziły w dobre imię polskiego żołnierza. Z 77 zawiadomień sierżanta Żebryka 52 sprawy zostały umorzone. Ale kilkanaście wpisów prokuratora uznała wystarczające do podjęcia postępowania.
Wpisy, jakie śledczy zakwalifikowali jako przestępstwo, to m.in.: "jednego okupanta mniej", "a niech giną, brawo talibowie", "nie współczuję im, każdy okupant powinien tak skończyć". Kiedy i czy autorzy wpisów staną przed sądem, nie wiadomo. To zależy od działania prokuratury.
Jeśli za zakupiony kubek kawy zapłaciłeś gotówką zamiast kartą kredytową, jeśli przeglądasz sobie na Google Maps fotografie stadionów sportowych czy mapy wielkich miast, jeśli zainstalowałeś na swoim smartfonie program antywirusowy – stajesz się potencjalnym terrorystą.
Tak twierdzą najnowsze przewodniki, opracowane i rozprowadzane przez amerykańskie Federalne Biura Śledcze – FBI. W dobie szaleńczej tzw. walki z terroryzmem, te i inne niewinne czynności stają się według FBI podejrzane. W broszurach, wydanych pod zwodniczą nazwą “Społeczności przeciwko Terroryzmowi” (Communities Against Terrorism – CAT), apeluje się m.in. do właścicieli sklepików i kawiarenek, o zgłaszanie “podejrzanych klientów”, jako przykład podając tych płacących gotówką.
Program CAT finansowany jest przez Biuro Doradztwa Sprawiedliwości, działające przy Departamencie Sprawiedliwości. Biuro BJA, poprzez program SLATT, “prowadzi pomoc siłom porządkowym w ich działaniu [...] opracowuje ulotki wskazujące na potencjalne zagrożenia [...]“.
SLATT prowadzi zajęcia instruktażowe dla m.in. właścicieli kawiarenek, pracowników instytucji finansowych, pracowników punktów wykonujących tatuaże, sklepików z materiałami dla hobbystów i majsterkowiczów, pracowników i właścicieli salonów piękności, centrów z materiałami budowlanymi, sklepów z zaopatrzeniem dla rolników, itp – wszystko celem wskazania im jak należy dostrzegać “potencjalne zagrożenia terrorystyczne” i jak pod tym kątem mają obserwować swoich klientów, których poleca się następnie zgłaszać odpowiednim organom państwowym.
Budujące się w zawrotnym tempie państwo policyjne produkuje coraz to nowsze “poradniki”, a w ślad za tym wciela w życie programy inwigilacji ludności. Szczególnej uwadze polecamy indoktrynacyjne ulotki [link] z materiałami propagandowymi dla właścicieli kafejek internetowych. W materiałach tych FBI ostrzega przed klientami “dojeżdżającymi [do kawiarenek] nielogicznymi drogami”, “stale płacącymi gotówką”, czy też “ładującymi materiały zawierające ekstremistyczne i radykalne treści”.
W miniony czwartek, 18-letni chłopak został zastrzelony przez policjantów w nowojorskiej dzielnicy Bronx. Był goniony przez policję za posiadanie skręta z marihuany. Przed funkcjonariuszami uciekł do domu swojej babci. Policjanci wyważyli drzwi i siłą wtargnęli do mieszkania, oddając przy tym kilka strzałów i nie informując nikogo kim są.
Kilku funkcjonariuszy kopniakami wyważyło drzwi od mieszkania 58-letniej Patricii Hartley (babci zamordowanego Graham’a) i wbiegło z wyciągniętymi pistoletami do środka. Zanim kobieta zorientowała się o co chodzi, usłyszała tylko strzał i zobaczyła jak jej postrzelony w klatkę piersiową wnuk osuwa się na podłogę. Przy chłopaku policjanci nie znaleźli żadnej broni, tylko niewielką ilość marihuany, którą próbował spuścić w toalecie. Przerażona i krzycząca Patricia Hartley została zatrzymana przez oficerów z powodu kwestionowania ich wersji wydarzeń. Graham zmarł w szpitalu podczas gdy jego babcia była przesłuchiwana (sic!) na posterunku policji.
Tego typu bezprawne i bezpodstawne działania policji (szczególnie w stosunku do osób o innym, niż biały, kolorze skóry) nie jest niczym nowym w Nowym Jorku. Mimo, iż posiadanie niewielkich ilości marihuany zostało tu zdekryminalizowane, policja regularnie dokonuje dokładnych przeszukań pod kątem posiadania, aby podnieść swoje statystyki wykrywalności przestępstw narkotykowych.
Lokalna społeczność i sąsiedzi Patricii Hartley są oburzeni postawą i działaniami policji. Zgodnie twierdzą, że mundurowi zamiast pilnować porządku, stwarzają często zagrożenie i prowokują niebezpieczne sytuacje. Wielu przekonuje, że nie czują się bezpiecznie gdy widzą mundurowych w swojej okolicy.
Dołączył: 07 Paź 2011 Posty: 147 Skąd: z allegro:P
Wysłany: 2012-02-13, 22:01
szyha-a moze juz masz? boruta- z cyklu niebawem w polsce :l
_________________ (A)
Prawdziwie wolny jestem jedynie wtedy, kiedy równie wolni są wszyscy ludzie, którzy mnie otaczają. (...) Dopiero wolność innych czyni mnie naprawdę wolnym.
Choć Donald Tusk zadeklarował w piątek rezygnację z ACTA, to jego rząd nie zrezygnował z wprowadzenia przepisów pozwalających na cenzurę w internecie. Rządowy projekt budzący głęboki niepokój internautów to koncepcja zmiany ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną (ŚUDE).
W projekcie tym istnieje zapis wprowadzenia procedury blokowania „bezprawnych treści” bez kontroli sądu. Blokować ma właściciel strony na wniosek osoby lub firmy, która poczuła się dotknięta publikacją lub której utwór spiratowano. Na usunięcie treści będzie miał trzy dni. Jeśli właściciel witryny odmówi, będzie mu grozić proces o odszkodowanie.
Rządowy projekt chce zezwolić nie tylko na blokowanie stron z plikami i linkami, ale zamierza usunąć wszelkie przejawy „bezprawnego” działania w sieci. Problem w tym, że termin „bezprawny” można np. zastosować do publikacji krytycznych wobec rządu, czy tekstów lokalnej prasy internetowej o nieprawidłowościach w samorządach.
Jak zauważa dziennik „Metro” – „Łatwo sobie wyobrazić, że nowe narzędzie może być wykorzystane do stosowania cenzury prewencyjnej i kneblowania wolności słowa.”
nie nie mam.poczytaj sobie o tym,co mają wprowadzić w londynie w tym roku na otwarciu jakiegoś stadionu.jestem pewien,że nie poprzestaną na takim czymś
Pod koniec lutego rozpoczyna się w Genewie spotkania grupy roboczej Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU) – najstarszej na świecie organizacji międzynarodowej, która pod auspicjami ONZ dokonuje standaryzacji oraz regulacji rynku telekomunikacyjnego. Do tej pory regulamin, wypracowany przez Związek i obowiązujący na całym świecie, dotyczył jedynie połączeń telefonicznych i radiotelekomunikacji.
Na wniosek Rosji, Chin i części krajów arabskich, 27 lutego ITU ma rozpatrzeć postulat zmian w regulaminie, które umożliwiłyby mu kontrolę Internetu. Zgodnie z zapowiedzią premiera Rosji, Władimira Putina, z czerwca zeszłego roku: „Naszym celem jest ustanowienie, poprzez Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny, międzynarodowej kontroli internetu, która byłaby zapisana w traktacie pod auspicjami Narodów Zjednoczonych.”
„Obudźmy się! To potężne zagrożenie dla wolności w sieci!” – alarmuje Wall Street Journal piórem Roberta McDowella „Rosja, Chiny i cześć innych krajów chce renegocjować traktat z 1988 r. i rozszerzyć go na pola, dotąd nieuregulowane.” Nawet częściowa lektura postulatów tych krajów przyprawia o dreszcze – czytamy w wydaniu z dnia 21 lutego.
„Państwa silne w armie czują się zagrożone tym, że ich obywatele, pragnący politycznej wolności, dążą do urzeczywistnienia swoich marzeń, a Internet im w tym pomaga. Państwa te stworzyły więc imponującą koalicję, a ich wysiłki na rzecz kontroli sieci są coraz bardziej skuteczne” – dodaje McDowell.
Władzom USA zdarzało się już przejmować domeny zagranicznych e-usługodawców w ramach walki z pirackimi stronami. Okazuje się jednak, że nie były to wypadki. Zdaniem władz USA można przejąć każdą domenę z określoną końcówką, np. .com, .net, .org, .biz.
Władze USA od pewnego czasu organizują akcje przejmowania domen stron uznanych za pirackie. Odbywa się to bez ostrzeżenia usługodawcy, na podstawie sądowych nakazów, które szczerze powiedziawszy podpisywane są lekką ręką. Samo cenzurowanie stron w ten sposób jest kontrowersyjne, ale problem dotyczy nie tylko Amerykanów.
Już przy wcześniejszych blokadach zdarzało się, że władze USA przejęły domeny stron prowadzonych przez podmioty spoza USA. Prasa i opinia publiczna uznawały to za efekt niedbałości. W ubiegłym tygodniu ICE przejęła 307 kolejnych domen i znów znalazła się wśród nich strona nieamerykańska. Wywołało to oburzenie, ale władze USA nie mają sobie nic do zarzucenia.
Wired cytuje rzeczniczkę ICE (służby odpowiedzialnej za przejęcia), która uważa, że władze USA mają prawo zająć każdą domenę z końcówką .com, .net lub .org, a to dlatego, że domenami tymi administrują firmy działające na rynku amerykańskim. Przykładowo domena .com jest administrowana przez VeriSign. Sąd, wydając nakaz przejęcia domeny, zwraca się do tej właśnie firmy.
W ten sposób podmiot nieamerykański może stać się ofiarą amerykańskiej cenzury. Sąd amerykański nie może wpłynąć na zagranicznego e-usługodawcę, nie może też wpłynąć na zagranicznego rejestratora, ale ma wpływ na VeriSign i to wystarczy. Podobnie ma się sprawa z domeną .org – jest zarządzana przez organizację Public Interest Registry, która działa w Virginii, podobnie jak VeriSign. ICE nie ukrywa również, że przejmowanie domen stron nieamerykańskich to dla niej nie pierwszyzna.
To wszystko stawia pod znakiem zapytania model obecnego zarządzania internetem. ICANN nie chce nawet komentować działań ICE. VeriSign i Public Interest Registry odmawiają podawania dokładnych informacji na temat przejmowanych domen. Wychodzi jednak na to, że sądy jednego państwa mogą cenzurować zagraniczne podmioty poprzez wydawanie nakazów dla konkretnych firm… nie wygląda to dobrze.
W tej sytuacji USA dają innym krajom pretekst do tego, aby domagać się oddania kontroli nad internetem w ręce ONZ. To może być jednak początek nowych problemów. Proces zmian w zarządzaniu internetem może wprowadzić nowe regulacje dotyczące np. rozliczeń między operatorami, zabezpieczeń przed cyberprzestępczością itd. Efektem ostatecznym może być podział globalnej sieci na sieci krajowe, połączone ze sobą tylko w ograniczonym stopniu. W tych warunkach nie ziści się idea globalnej e-gospodarki bez granic.
Inna rzecz, że akcje ICE mogą z czasem wpływać na spadek atrakcyjności domen takich jak .com. Po co komu domena, którą można ot tak sobie zająć?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach